poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dzień osiemnasty.

Panie doktorze, zbliżył się.
Ale nadal nie może mnie dotknąć.
Im więcej krwi leci z mojego ciała - tym bardziej się zbliża.
Wydaje się większy od czasu gdy pisałam do pana po raz ostatni.
Dużo wędrowałam.
Dużo błądziłam.
Dużo myślałam.
Zastanawiałam się czy może nie wrócić do domu.
Wpadła mi do rąk gazeta.
Pisali o zakładzie psychiatrycznym.
O tym, że nikt nie przeżył.
O tym, że wszystkie ciała były mocno pokiereszowane.
Większość nie miała głów.
Niektóre były nabite na kraty.
Poszukują mordercy.
A raczej morderców.
Nie sądzą, by zrobiła to jedna osoba.
Nie.
Nie mogę.
Nie mogę wrócić do domu.
Wspominałam już o tym, że tuż obok mnie na drzewie wisi dziecko?
Jest powieszone za nogi.
Żyje.
Jeszcze.
Mój prześladowca się nim żywi.
Jak tylko rozetnę mu skórę - pełźnie do niego i wysysa mu krew.
Chłopiec nawet już nie krzyczy.
Poddał się.
Nie wiem co robić.
Czy ja też się już poddaję?
Wilk znowu wyje.
Pośród drzew coś widziałam.
Miało ciało podobne do wielbłąda, lecz było znacznie mniejsze.
Nie miało garbów.
Szyję miało długą, giętką i bardzo chudą.
Głowa machała mu się na niej niczym piesek samochodowy na wyboistej drodze.
Oczy nie miały źrenic i tęczówek.
Całe białe.
Chyba znowu się gdzieś kręci.
Słyszę trzaskanie gałęzi pod kopytami.
Tak. To ono.
Położyło się jakby mnie nie widziało.
Nagle niespodziewanie podniosło głowę.
Patrzy.
Wierci mnie swoimi gałkami ocznymi.
Chyba się boję.
Pomocy.
Czy ktoś mnie uratuje?