sobota, 28 grudnia 2013

Dzień dziesiąty.

Biegłam.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.

piątek, 27 grudnia 2013

Dzień dziewiąty.

Panie doktorze, one wróciły.
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?

piątek, 29 listopada 2013

Dzień ósmy.

Jej żółte ślepia ciągle się we mnie wpatrują, doktorze.
Proszę spojrzeć.
Staje o tu. W tym kącie, każdej nocy.
Milczy, ponieważ ma zszyte usta.
Chciałam rozciąć jej te szwy, ale wtedy wzięła ode mnie nóż i zaczęła mnie kaleczyć.
Krew była wszędzie.
Wtedy zauważyłam, że obok mnie stoi jakaś dziewczynka.
Była mokra, jakby przed chwilą wyszła z wody.
Z tym, że sukienkę też miała mokrą.
Spojrzałam na jej małe, nagie stopy.
Były w nie wbite gwoździe.
Nie zdążyłam ich jednak policzyć.
Rzuciła się na mnie.
Była tak silna, że nie mogłam jej odepchnąć.
I wtedy wbiegł pan, panie doktorze.
Dziękuję za ratunek.
Dziękuję.

niedziela, 17 listopada 2013

Dzień siódmy.

Proszę mnie tam już nie zamykać, panie doktorze.
Ta dziewczynka siedząca w kącie ma przerażająco białe oczy.
Nie ma tęczówek. Same gałki oczne.
Cały czas się na mnie patrzy.
I co jakiś czas pokazuje na mnie swoim wychudzonym, sinym palcem.
Trzęsie się.
Próbowałam z nią rozmawiać. Pytałam się czego ode mnie chce.
Ale ona tylko szeptała coś, czego nie rozumiałam.
Nagle wstała. Podbiegła do mnie nienaturalnie szybkim tempem.
Spojrzała mi w oczy i wykrzyczała coś niezrozumiałego.
Wdrapała się na parapet i uderza głową o kraty.
Próbowałam ją powstrzymać, ale wtedy rzucała się na mnie.
Mocno drapała i gryzła.
Boję się, panie doktorze.
Niech mnie pan stamtąd zabierze.
Proszę.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Dzień szósty.

Widziałam go.
Obudziłam się w środku nocy.
Stał nad moim łóżkiem i patrzył na mnie pustymi oczodołami.
Jego dolna szczęka kołysała się na boki, ciekła z niej krew.
Powiedział, że jest głodny.
Mała dziewczynka, siedząca w kącie, w białej, zakrwawionej sukience powiedziała mi, że żywi się ciałem, krwią, strachem i bólem.
Po suficie i ścianach na czworaka chodziły małe dzieci.
Słyszę je. Słyszę jak się śmieją.
Ich dolne szczęki też kołysały się z każdym ruchem.
On, nadal stojący nad moim łóżkiem, wskazał nagle na mnie palcem.
Wszystkie dzieci nagle spojrzały się na mnie z żądzą krwi.
Zeskoczyły na mnie z sufitu, gryzły, drapały, sprawiały ból.
Krzyczały. Głośno krzyczały, że do nich dołączę.
Jestem cała podrapana.
Krew leje się z każdego zakątka mojego ciała.
Czuję się coraz słabiej, panie doktorze.
Jestem coraz słabsza.

sobota, 2 listopada 2013

Dzień piąty.

Białe łóżko.
Białe, szpitalne łóżko pośród drzew.
Przypięte ręce i nogi. Pełno krwi.
Spojrzałam się w bok.
Stała tam.
Patrzyła na mnie swoim szkarłatnym wzrokiem.
Chciałam uciekać, krzyczeć, panie doktorze.
To było straszne.
Wie pan jak to jest nie móc się ruszyć?
Wie pan jak to jest nie móc wydobyć z siebie żadnego dźwięku?
Nagle przestałam walczyć.
Poddałam się.
Z przerażeniem spojrzałam na mroczną strzygę.
Poczułam coś na policzku.
Łza?
I wtedy się odezwała.
Głosem, jakby przemawiały przez nią wszystkie demony.
- "Wkrótce będziesz moja, nikt Cię nie skrzywdzi".
Czuję coś dziwnego, panie doktorze.
Nie jestem pewna jak to mam określić.
Ludzie chyba nazywają to... Lękiem? Strachem?
Niech mi pan pomoże.
Tak bardzo proszę o pomoc...



piątek, 1 listopada 2013

Dzień czwarty.

Tym razem poszłam nad rzekę, panie doktorze.
Minęłam grupkę śmiejących się osobników.
Kątem oka starałam się określić ich liczbę.
Dość szybko udało mi się to ustalić.
Pięciu mężczyzn oraz cztery kobiety.
Już wtedy wiedziałam co się stanie.
Czułam mrowienie pod skórą.
Nienaturalny dreszcz szarpnął moim ciałem.
Nagle dziwnym trafem znalazłam się bliżej rzeki.
Stałam w niej. Byłam zanurzona niemal do kolan.
Spojrzałam się w swoje odbicie w tafli wody.
Na twarzy miałam krew.
Z oczu znikały resztki czerwoności.
Podniosłam wzrok. Wie pan co zobaczyłam?
Nagie, poszarpane ciała tamtych ludzi.
Nie miały głów.
Leżały tuż za mną na brzegu.
Spojrzałam w ich oczy.
Były otwarte.
I przerażone.
Umyłam ręce, wyszłam z wody i zdjęłam swoją białą zakrwawioną sukienkę.
Przebrałam się w ubrania jednej z tych kobiet.
Nie odwracając się więcej szybkim tempem poszłam z tamtego miejsca.
Po jakimś czasie usłyszałam przeraźliwe krzyki spacerujących tam osób.
Czemu się pan tak na mnie patrzy, panie doktorze?
Przecież nie zrobiłam nic złego.
To nie mogłam być ja.
To niemożliwe.
To nie jest możliwe..


niedziela, 27 października 2013

Dzień trzeci.

Znowu tam poszłam, panie doktorze.
To niemal przyzwyczajenie. Czynność codzienna.
W nozdrza uderzył mnie odpychający odór zwłok.
Mimo tego wkroczyłam tam.
Ktoś jeszcze się ruszał.
Mały chłopiec.
Mały, bezbronny chłopiec.
Podeszłam do niego.
Ukucnęłam. Powiedziałam, żeby się nie bał.
Był bardzo przerażony. Obok leżała jego martwa siostrzyczka.
Miała wydłubane oczy i zaszyte usta.
Przytuliłam go.
Powtarzałam, że wszystko będzie dobrze.
I wtedy usłyszałam głos.
Niczym robot, automatycznie i dyskretnie sięgnęłam po nóż, który leżał za chłopcem.
Spojrzał na mnie zapłakanymi oczkami.
Przestał płakać kiedy zobaczył mój martwy, nieobecny i pusty wzrok.
Nie pamiętam co wtedy czułam.
Wiedziałam tylko co muszę zrobić.
Przytulając go po raz ostatni wbiłam mu nóż w brzuch.
Kilka razy.
W końcu przestał walczyć.
Osunął się bezwładnie i runął na ziemię.
Ułożyłam go obok siostrzyczki.
To rodzeństwo już na zawsze będzie razem.
Wszystko w porządku, panie doktorze?
Bardzo pan zbladł.
Proszę się nie obawiać.
Wszystko będzie dobrze.

piątek, 25 października 2013

Dzień drugi.

Panie doktorze, znowu nie mogłam zasnąć.
Głosy w mojej głowie podpowiadały mi co miałam robić.
Ja nie chciałam tam iść.
One mi rozkazały.
Pamiętam oświetlane przez księżyc zakrwawione ostrza.
Pamiętam martwe wzroki zwrócone na mnie.
Pamiętam widok kręcących się w kółko wisielców.
Pamiętam ten drut wbity w brzuch ciężarnej kobiety.
Oni już nie mogli nic zrobić.
Nie czułam poczucia winy.
Nie ja to zrobiłam.
Mimo tej krwi na moich dłoniach.
Nie ja to zrobiłam.
Proszę mi uwierzyć.
Znowu je słychać.
Niech pan ucieka, panie doktorze.
Niech pan ucieka...

Dzień pierwszy.

Dzień dobry, panie doktorze.
U mnie wszystko w porządku. Mam tylko chęć kogoś zabić.
Najlepiej całą ludzkość. Wszystkich po kolei. Zmasakrować ich twarze.
Wycinać na ich ciałach pentagramy, odwrócone krzyże.
Proszę tak nie patrzeć na moje ręce, panie doktorze.
Tak, pamiętam ten dzień. Tak, jakby to było wczoraj. 
A przecież wydarzyło się to tak dawno.
Słyszałam jak ktoś krzyczał. Przeraźliwie i głośno.
W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że ten krzyk należy do mnie.
Pamiętam te kolory. Biel, zieleń oraz czerwień.
Blada skóra. Zielone szkło ze zbitej butelki po piwie. Krew.
Pamiętam, że patrzyłam na to z fascynacją. Jak zahipnotyzowana.
Zamiast wyciągnąć szkło ze skóry i je wyrzucić wbijałam je jeszcze głębiej.
Patrzyłam jak blada skóra rozrywa się a z rany wypływa gęsta, szkarłatna krew.
Znowu krzyki. Ale panie doktorze.
Nie chcę o tym rozmawiać.
Nie chcę o tym rozmawiać.
Nie chcę o tym rozmawiać.