poniedziałek, 29 grudnia 2014

Dzień dwudziesty trzeci.

To mnie przerasta, doktorze.
Codziennie leżę we własnej krwi.
A one są coraz głodniejsze.
I jest ich za każdym razem więcej.
Nie dam rady ich wszystkich wykarmić.
Wciąż się na mnie patrzą.
Mam już tego dość.
Może czas uciec?
Przecież to bezsens.
Gdziekolwiek nie pójdę - one tam będą.
Czyhają w każdym zakamarku.
Mimo wielu starań nie da się ich odpędzić.
Jęki.
Wycie.
Stękania.
Zgrzytanie zębów.
Krzyki.
NIE.
Dosyć tego, słyszycie?
Nie będziecie mną rządzić.
Doktorze...
POMOCY!
ONE CHCĄ MNIE ZABIĆ!
POMOCY!
...
Mój krzyk odbija się tylko od nagich ścian starego magazynu.
Niesie ze sobą tylko echo.
Przerażające echo, które kumuluje się w mojej głowie.
Pomocy...
I tak nikt nie usłyszy.
I tak nikt nie przyjdzie.
Muszę sama sobie poradzić.
Całkowicie sama.
Mamo?
Mamo, gdzie teraz jesteś?
Doktorze, jest może przy panu moja mama?
I mój starszy brat?
Nie pamiętam co się z nimi stało.
A gdyby tak...
A gdybym...
Tak.
Czas wstać.
Wyjść.
Iść do niego.
Tato, mam nadzieję, że będziesz na mnie czekać.
Idę do Ciebie, tatusiu...

środa, 15 października 2014

Dzień dwudziesty drugi.

M r o k.
S t r a c h.
P u s t k a.
Zapadam w n i c o ś ć.
Popadam w p a r a n o j ę.
Siedząc w kącie słucham ciszy.
Jednak wolałabym samotność od obecności tych nędznych, wygłodzonych kreatur.
Obstawiły wszystkie pozostałe kąty.
Nawet te pod sufitem.
Patrzą na mnie T Y M wzrokiem.
Tym, który tak bardzo pragnie wylewu krwi.
M o j e j krwi.
Dawno tego nie dostały.
Lubię je drażnić.
Jak tylko uniosę rękę w górę, ich czarne małe ciała, szczęki i żółte oczy zaczynają się trząść, a z pyska spływa im gęsta ślina.
Wydają z siebie wtedy bardzo dziwne piski i jęki.
A gdy tylko opuszczę rękę z powrotem - wszystko ustaje.
I znowu patrzą się na mnie tak, jak przedtem.
Nakarmić je, doktorze?
Znikną wtedy na jakiś czas.
Uniosłam potłuczone szkło.
Powolnym ruchem rozdzierałam sobie skórę.
Towarzyszyły temu jęki pełne bólu, głodu, nienawiści i smutku.
Zrobiłam siedem głębokich nacięć.
Po jednym dla każdego.
Gdy gęsta krew zaczynała sączyć się z ran, wszystkie nienaturalnym tempem do mnie podbiegły.
M r o k nie był już taki niepokojący.
S t r a c h przestał istnieć.
P u s t k a wypełniła się po brzegi.
Wychodzę z n i c o ś c i.
Znika p a r a n o j a.


poniedziałek, 22 września 2014

Dzień dwudziesty pierwszy.

Każdego dnia przychodziłam w to samo miejsce, doktorze.
Nie zawsze go widziałam.
Ale jeśli już się pojawiał to patrzył w moją stronę.
Któregoś dnia usiadłam na ławce i zapatrzyłam się w dal.
Nagle ktoś usiadł obok mnie.
Moje serce zaczęło walić jak opętane, a siedząca przede mną zakrwawiona dziewczynka w białej sukience zaczęła przeraźliwie płakać i piszczeć.
Po chwili męski głos się odezwał.
Zwykłe "cześć", a sparaliżowało mnie tak, że nie mogłam się ruszyć.
Od tak długiego czasu nie rozmawiałam z ludźmi.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego.
Tak.
To był on.
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
A gdy się uśmiechnął - świat przestał istnieć.
Przestraszyłam się.
Nigdy nie czułam czegoś takiego.
Tamta dziewczynka podeszła do mnie i łapiąc mnie za szyję szepnęła, bym uciekała.
Tak też zrobiłam.
Rzuciłam krótko, że muszę już iść.
Poderwałam się z ławki i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Oddalając się czułam na sobie jego wzrok.
Jego pełen rozczarowania wzrok.
Skierowałam się nad rzekę.
Głosy dobiegające spod mostu przyciągnęły moją uwagę.
Poczułam szarpnięcie.
A później już tylko pustka.
A obok martwe ciała.
Rozszarpane, bez oczu, bez zębów i bez palców.
Nie mogłam oderwać od nich wzroku, panie doktorze.
Te nagie ciała we krwi były dla mnie niczym obraz dla malarza.
Niczym piękny ogród dla ogrodnika.
Czy mogę się nazwać artystą?
Dla każdego sztuka jest czymś innym, prawda?
Czas uciekać.
Słyszę kroki.
Muszę uciekać.
Jutro znowu tam wrócę.
Wrócę, obiecuję.
Czekaj na mnie.
Nie odchodź.
Bądź...

poniedziałek, 26 maja 2014

Dzień dwudziesty.

Poszłam tam z nadzieją na ponowne ujrzenie go.
Instynkt mnie nie zawiódł.
Był tam.
Palił papierosa i z kimś rozmawiał.
Nie zwróciłam uwagi na tę drugą osobę.
Tym razem byłam sama.
Nikt nie mówił mi za uchem co mam robić.
Więc siedziałam na ławce w parku na przeciwko i patrzyłam.
Obserwowałam.
Nie wiem jak długo to trwało zanim zorientowałam się, że zerka w moim kierunku.
Chciałam wstać i uciec.
Ale coś jakby mnie przygwoździło do ławki.
Wstrzymałam oddech gdy natrafiliśmy wzajemnie na swoje oczy.
Poczułam się dziwnie i nieswojo.
Mimo to nie odwróciłam wzroku.
Gdy jego uwagę zwróciła kobieta, która z nim rozmawiała uznałam, że czas na ucieczkę.
Zerwałam się i pobiegłam przed siebie.
Odwracając się zauważyłam, że wodzi po parku swoimi głębokimi oczami.
Szukał mnie?
Coś mną szarpnęło.
I nie było to to co zwykle.
Nie było to to co kiedyś.
Poczułam coś mokrego na policzkach.
Czy to łzy?
Ostatnio czułam je u pana w gabinecie, doktorze.
Czemu pana tu nie ma?
Niech mi pan powie co mam robić...
Boję się..

poniedziałek, 19 maja 2014

Dzień dziewiętnasty.

Nie mogłam dłużej błądzić po lesie.
Noce były zbyt chłodne.
Poszłam w kierunku jakiejś niewielkiej osady.
Pokręciłam się w pobliżu jakiegoś baru.
Obserwowałam każdego uważnie.
Jedna osoba szczególnie zapadła mi w pamięć, doktorze.
Był mężczyzną.
Nie był wysoki, ale też nie był niski.
Miał czarne włosy.
I duże oczy.
Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Pierwszy raz patrzyłam na kogoś w ten sposób.
W sposób, którego nie jestem w stanie opisać.
Za każdym razem gdy patrzę na ludzi...
Odpychają mnie.
Mam ochotę się ich wszystkich pozbyć.
Tym razem było inaczej.
Coś za uchem podpowiadało mi, że zabicie go będzie czymś cudownym.
Że powinnam go dopaść.
Że powinnam ich wszystkich nakarmić jego krwią.
Ale ja nie chciałam.
Sprzeciwiłam się.
Pierwszy raz od dawna się sprzeciwiłam.
Wiedziałam, że to przyniesie złe skutki.
Gdy tylko wróciłam do swojej kryjówki w starych magazynach - zaatakowały mnie.
Ich oczy świeciły bardziej niż zwykle.
Zęby i pazury zdawały się ostrzejsze.
Strasznie głośno krzyczały, panie doktorze.
Dawno im nie odmawiałam.
Miałam przez ten czas przerwę od ich ataków.
Ale jednak się to stało.
Ta duża postać zbliżyła się bardziej, niż zwykle.
Czy dobrze robię, doktorze, odmawiając im?

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dzień osiemnasty.

Panie doktorze, zbliżył się.
Ale nadal nie może mnie dotknąć.
Im więcej krwi leci z mojego ciała - tym bardziej się zbliża.
Wydaje się większy od czasu gdy pisałam do pana po raz ostatni.
Dużo wędrowałam.
Dużo błądziłam.
Dużo myślałam.
Zastanawiałam się czy może nie wrócić do domu.
Wpadła mi do rąk gazeta.
Pisali o zakładzie psychiatrycznym.
O tym, że nikt nie przeżył.
O tym, że wszystkie ciała były mocno pokiereszowane.
Większość nie miała głów.
Niektóre były nabite na kraty.
Poszukują mordercy.
A raczej morderców.
Nie sądzą, by zrobiła to jedna osoba.
Nie.
Nie mogę.
Nie mogę wrócić do domu.
Wspominałam już o tym, że tuż obok mnie na drzewie wisi dziecko?
Jest powieszone za nogi.
Żyje.
Jeszcze.
Mój prześladowca się nim żywi.
Jak tylko rozetnę mu skórę - pełźnie do niego i wysysa mu krew.
Chłopiec nawet już nie krzyczy.
Poddał się.
Nie wiem co robić.
Czy ja też się już poddaję?
Wilk znowu wyje.
Pośród drzew coś widziałam.
Miało ciało podobne do wielbłąda, lecz było znacznie mniejsze.
Nie miało garbów.
Szyję miało długą, giętką i bardzo chudą.
Głowa machała mu się na niej niczym piesek samochodowy na wyboistej drodze.
Oczy nie miały źrenic i tęczówek.
Całe białe.
Chyba znowu się gdzieś kręci.
Słyszę trzaskanie gałęzi pod kopytami.
Tak. To ono.
Położyło się jakby mnie nie widziało.
Nagle niespodziewanie podniosło głowę.
Patrzy.
Wierci mnie swoimi gałkami ocznymi.
Chyba się boję.
Pomocy.
Czy ktoś mnie uratuje?

piątek, 28 marca 2014

Dzień siedemnasty.

Przeszłam już niezły kawałek drogi.
A on ciągle za mną kroczy, panie doktorze.
Przewierca mnie swymi żółtymi ślepiami.
Któregoś dnia postanowiłam się mu przyjrzeć.
Ma bardzo długie ręce, a dłonie są zakończone ostrymi pazurami.
Sięgają mu do kolan.
Chodzi zgarbiony.
Z jego ust cienkie gęsta ślina.
Jednak nadal do mnie nie podszedł.
Jak gdyby coś go blokowało.
Bardzo go to irytuje.
Coraz więcej śliny toczy się z jego pyska.
A gdy spojrzę mu w oczy, wyciąga ku mnie swoje czarne, długie, pokrzywione palce.
I czasem szepcze.
I czasem krzyczy.
I czasem jęczy.
Patrzy się teraz jak zahipnotyzowany na moje nogi.
Z głębokich ran wycieka krew.
Może tego on pragnie?
Chyba tak.
On pragnie krwi.
Pragnie zemsty.
Pragnie bólu.
Pragnie ran.



czwartek, 27 marca 2014

Dzień szesnasty.

Obudziłam się przed wschodem słońca, doktorze.
Czułam, że ktoś się na mnie patrzy.
Otworzyłam gwałtownie oczy.
Widziałam nagie, blade stopy.
A na nich krople zaschniętej krwi.
Powoli kierowałam wzrok w górę.
Miała sukienkę do kostek.
Śliczną, białą, koronkową sukienkę.
Im wyżej mój wzrok się wznosił tym więcej było krwi.
W końcu dotarłam do głowy.
Miała białą, porcelanową twarz.
Oraz pełne, kobiece, czerwone usta.
Nie miała włosów.
Nie miała oczu.
Miała przecięte gardło.
A więc stąd ta krew.
Była nade mną pochylona, panie doktorze.
I miała lekko przechyloną głowę.
Spojrzałam na martwe ciało tego chłopca.
Pamięta go pan?
Ma odcięte nogi oraz ręce.
Oczy ma wciąż otwarte.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch.
To ta postać.
Powolnie odwróciła się i podeszła do okna z wybitą szybą.
Skierowała głowę w moją stronę, stanęła na parapet i wyskoczyła.
Postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze chwile.
Lecz nagle coś strasznie zaczęło walić po ścianach.
Dookoła pomieszczenia, w którym byłam.
To coś wrzeszczało i sapało.
Jakby nie mogło się do mnie dostać.
Usiadłam na środku i zaczęłam krzyczeć, żeby przestało.
Posłuchało się.
Lecz nie na długo.
Pojawiło się w oknie.
Miało żółte oczy.
Reszta ciała była ciemna.
Niemal czarna od porannego mroku.
Patrzyło się na mnie przez kilka chwil.
Nagle powoli otworzyło usta i strasznie szybko zaczęło szeptać coś w niezrozumiałym dla mnie języku.
Nagle przerwało i z gniewem w oczach powiedziało, że mnie dopadnie.
Chyba muszę opuścić to miejsce, panie doktorze.
Kończę pisanie.
Czas ruszać w drogę...


czwartek, 6 marca 2014

Dzień piętnasty.

Ściany porośnięte mchem.
Drzewa, które zaczynają powoli obrastać zielenią.
Powybijane szyby, przez które wpada chłodne powietrze.
Dookoła unosił się zapach wilgoci.
Stary magazyn teraz należy do mnie.
Jego poprzedni mieszkańcy właśnie przede mną wiszą, panie doktorze.
Lubię ich obserwować.
Lubię patrzeć jak wpadający przez okna wiatr wprawia ich ciała w kołysanie.
Iruu i Zach odeszli.
Ale nie narzekam na samotność.
W kącie naprzeciwko mnie siedzi jakiś chłopiec.
Żyje i ma się dobrze.
Jest tylko związany.
Dużo płacze.
Ma mocno poparzoną łydkę.
Jak rozpalałam ognisko to zaczął krzyczeć.
Ale to nie moja wina, panie doktorze.
Nie lubię gdy ktoś krzyczy.
I błaga o litość.
Dziwnie się na mnie patrzy kiedy z kimś rozmawiam.
Chyba mu jest zimno, trzęsie się.
I chyba znowu zaczyna płakać.
Ktoś za ścianą mówi mi co mam z nim zrobić.
Napiszę jutro, panie doktorze.
Mam trochę pracy na dziś...


sobota, 1 marca 2014

Dzień czternasty.

Postanowiłam do pana pisać, panie doktorze.
Biegłam bardzo długo. Wprost przed siebie.
Nie wiem gdzie teraz jestem.
Nie wiem kim teraz jestem.
Nie wiem dokąd zmierzam.
Nie wiem jaki jest dzień.
Nic nie wiem.
Strasznie się boję.
Ale nie jestem sama.
Siedzą przy mnie.
Przedstawili się jako Iruu i Zach.
Iruu ciągle płacze krwią.
Ale nigdy nic nie mówi.
Nie ma ust.
Zach natomiast mówi bardzo dużo.
Często są to złe rzeczy.
To on mi kazał zrobić coś złego temu wędkarzowi.
Leży przede mną.
Ma owiniętą żyłkę dookoła szyi.
I wbity haczyk w oko.
Wszystkie palce ma odcięte.
Z jego otwartego brzucha jeszcze cieknie krew.
I leży w nim duża ryba, która jeszcze oddycha.
Iruu znowu zaczyna płakać.
A Zach dziwnie się na mnie patrzy.
Chyba czas ruszać w drogę...

środa, 12 lutego 2014

Dzień trzynasty.

Otworzyłam oczy.
Było bardzo zimno i ciemno.
Nie wiedziałam gdzie jestem.
Zaczęłam iść przed siebie.
Nagle o coś się potknęłam i się przewróciłam.
Próbowałam ręką odgadnąć co to jest.
Wyczułam dotykiem oczy. Nos. Usta.
Szybko wstałam i po omacku szukałam na ścianie włącznika światła.
W końcu go znalazłam.
Z drżącą ręką zapaliłam światło.
Powoli obróciłam się, by spojrzeć za siebie.
Kaftan leżał porwany przy oknie.
Powiodłam swój wzrok dalej.
Pańskie zbite okulary, panie doktorze.
A na nich zaschnięta krew.
Kątem oka dostrzegłam coś dziwnego pod ścianą.
Powoli skierowałam tam wzrok.
Znajdowała się tam kupa zwłok w białych, lekarskich kitlach.
Podeszłam bliżej.
Leżał tam pan.
Razem ze wszystkimi.
Miał pan wbite szkło w lewe oko.
Z pańskiego podciętego gardła jeszcze sączyła się gęsta, czerwona krew.
Pańska asystentka miała wygryziony policzek.
Było widać jej przez to wszystkie zęby.
Powoli przeszłam na drugą stronę, aby przyjrzeć się pozostałym.
Pod panem leżał ten młody praktykant.
Nie miał palców.
Miał coś wbite w serce.
Metalowy pręt? Skąd on się tu wziął?
Spojrzałam w kąt.
Pod oknem siedziała ułożona pewna postać.
Jej ciało wyglądało jakby po prostu tam odpoczywało.
Nie mogłam stwierdzić kto to jest.
Ciało było bez głowy.
A więc o nią się potknęłam.
Gwałtownie się odwróciłam.
Leżała na środku sali. Była zwrócona na bezgłowe ciało.
To była pańska żona. Pracowała tu razem z panem.
Z całkowitym zobojętnieniem stamtąd wyszłam.
W szpitalu było pusto. I strasznie cicho.
Nie chciałam widzieć pozostałych.
Na ścianach była zaschnięta krew.
Na podłodze też.
Jakby ktoś po niej ciągnął zmasakrowane ciała.
Nie chciałam wiedzieć co się z nimi stało.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
Nad drzwiami widniał napis z krwi:
"Przepraszam."
Wybiegłam łapiąc po drodze długopis i notes.
A w mojej głowie jeszcze długo huczyło słowo "przepraszam"...

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dzień dwunasty.

Proszę się nie martwić, panie doktorze.
Czasem mam takie skurcze.
Ale to nic groźnego.
Tracę tylko po nich pamięć.
Dlaczego pan mi to zakłada?
Proszę mnie zostawić.
Zostawcie mnie, nie związujcie tego.
Zdejmijcie to ze mnie!
Nie chcę tego zastrzyku!
Nie, nie przestanę krzyczeć!
Nie uspokoję się!
Zostawcie mnie!
To tylko skurcze.
Jest mi po prostu zimno.
Nie słyszy pan? Jest mi po prostu zimno!
Czemu się pan tak patrzy?
Czemu pani niesie lusterko?
Moje oczy...
Czemu są czerwone?
Co mi zrobiliście...
Co wy mi, do cholery, zrobiliście?!

środa, 29 stycznia 2014

Dzień jedenasty.

Przepraszam, że zniknęłam, panie doktorze.
Nawet nie wiem dlaczego to się stało.
Po prostu tam wróciłam.
Zapach zgnilizny i rozkładających się ciał kłębił się wszędzie.
Ale ja szłam. Nie zwracałam na to uwagi.
Szłam prosto ciągnąc za włosy tą małą dziewczynkę.
Już nie krzyczała. Poddała się.
Szarpnął mną dziwny skurcz.
Spojrzałam na nią. Miała oczy pełne łez.
Resztkami sił jeszcze błagała o życie.
Znowu mną szarpnęło.
Znowu urwał mi się film.
Coś strumieniem lało się na podłogę.
Odwróciłam się.
Mała blondynka wisiała powieszona za ręce.
Z jej rozciętego brzucha ciekła krew.
Jej stopy leżały na drugim końcu pokoju.
A obok nich - jej oczy.
Jej śliczne, zielone oczy.
Spojrzałam na nią po raz ostatni.
Wyszłam rzucając w nią z impetem nóż.
Wbił się w szyję.
Chce mnie pan tu zamknąć?
Dlaczego?
Przecież ja nic nie zrobiłam.
Ja nic nie zrobiłam!
Proszę mnie wypuścić!
Nie dotykajcie mnie, zostawcie mnie!
Nie!