Ściany porośnięte mchem.
Drzewa, które zaczynają powoli obrastać zielenią.
Powybijane szyby, przez które wpada chłodne powietrze.
Dookoła unosił się zapach wilgoci.
Stary magazyn teraz należy do mnie.
Jego poprzedni mieszkańcy właśnie przede mną wiszą, panie doktorze.
Lubię ich obserwować.
Lubię patrzeć jak wpadający przez okna wiatr wprawia ich ciała w kołysanie.
Iruu i Zach odeszli.
Ale nie narzekam na samotność.
W kącie naprzeciwko mnie siedzi jakiś chłopiec.
Żyje i ma się dobrze.
Jest tylko związany.
Dużo płacze.
Ma mocno poparzoną łydkę.
Jak rozpalałam ognisko to zaczął krzyczeć.
Ale to nie moja wina, panie doktorze.
Nie lubię gdy ktoś krzyczy.
I błaga o litość.
Dziwnie się na mnie patrzy kiedy z kimś rozmawiam.
Chyba mu jest zimno, trzęsie się.
I chyba znowu zaczyna płakać.
Ktoś za ścianą mówi mi co mam z nim zrobić.
Napiszę jutro, panie doktorze.
Mam trochę pracy na dziś...
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz