piątek, 12 czerwca 2015

Dzień dwudziesty piąty.

Doktorze, coś jest z nim nie tak.
Idzie za mną, ale na mnie jeszcze ani razu nie spojrzał.
Nie interesuje go moja krew, którą wylewam z siebie codziennie.
Inni rzucają się od razu, posilają się nią, pragną jej.
Ale on...
Nie wiem czego on chce.
Jest bardzo wysoki.
Dwukrotnie większy ode mnie.
Widać mu wszystkie kości, które wyglądają jakby lada chwila miały mu przebić tę przegniłą, starą, szarą skórę.
Ma bardzo wklęsłe oczodoły.
Sprawiają takie wrażenie, jakby jego białe oczy miały zaraz wypaść.
I ta wiecznie otwarta gęba, z której cuchnie trupami.
Siedzę właśnie w parku, zbliża się jakaś kobieta.
Bardzo ładna, ma rude włosy, zielone oczy i piegi.
Dziwne... Patrzy się na nią.
Jak dotąd jeszcze nie widziałam, aby spoglądał na kogokolwiek.
Może dlatego, że pierwszy raz od tygodnia przebywam w miejscu publicznym?
Do mojego taty już niedaleko, mieszka w mieście obok.
Rudowłosa przeszła obok nas, a on śledzi ją wzrokiem.
I właśnie...
Właśnie w nienaturalnym tempie spojrzał się na mnie...
Przeszły mnie dreszcze, doktorze.
Jeszcze nigdy nie widziałam oczu, w których było widać tyle głodu.
Jeszcze nigdy żadne z nich tak się na mnie nie spojrzało.
Chciałam to zignorować doktorze, naprawdę, chciałam, starałam się.
Ale im bardziej rudowłosa się oddalała, tym bliżej mnie podchodził.
I patrzył. Prosto w oczy. Głodny.
Bardzo.
Głodny.
Pobiegłam za nią, ze łzami w oczach szepnęłam, że przepraszam.
Ale ona już leżała obok, na brzuchu.
Jednak nie było śladów krwi.
W ręku trzymałam zakrwawiony, duży kij, który lśnił od czerwieni na słońcu.
Odwróciłam ją.
Miała zmiażdżoną twarz.
Jedno oko wisiało na ostatniej nitce.
Zęby leżały w różnych miejscach na ścieżce.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że on powoli tu idzie.
Kucnął przy rudowłosej i zaczął wydawać dziwne dźwięki...
Podobne do bardzo, ale to bardzo szybkiego tykania zegara.
Nie chciałam już tego oglądać.
Poszłam z powrotem na ławkę.
A za sobą słyszałam tylko tykanie, mlaskanie, łamiące się kości.

sobota, 21 lutego 2015

Dzień dwudziesty czwarty.

Zrobiłam sobie przerwę w podróży, doktorze.
Stary, opuszczony plac zabaw.
Otaczał go ciemny las.
Sprzęty do zabaw nie nadawały się do użytku.
Rdza wydawała się pokrywać najdrobniejsze zakamarki każdego z nich.
Wiatr wprawiał huśtawki w ruch, przez co wydawały z siebie ciche skrzypienie.
Przegniłe, drewniane ławki były połamane.
Ciemność, jaka tu panowała była przyjemna, ale i straszna.
Drzewa rosnące najbliżej placu były w większości połamane i powyginane w nienaturalne kształty.
Usiadłam na zniszczonej karuzeli, na której tylko w kilku miejscach widać było resztki kolorowej farby.
Delektowałam się spokojem, samotnością i pustką panującą dookoła mnie.
Do czasu.
Usłyszałam kroki przemierzające zaschnięte krzewy, łamiące gałęzie, które leżały na ziemi.
Śmiechy.
Wesołe rozmowy.
I nagle cisza.
I słowa "stop. cicho. ktoś tam siedzi."
Czułam na sobie ich wzrok.
Jeden z nich się poruszył i zapytał kim jestem.
Bardzo powoli przekręciłam głowę w ich stronę.
Czułam jak moje oczy palą się do czerwoności.
Chyba to zauważyli, bo zamiast wesołych twarzy pięciu młodych chłopców malowało się na nich przerażenie.
Podniosłam wzrok na twarz najstarszego, tego, który się do mnie odezwał.
Nie chciałam nic powiedzieć. Chciałam stąd iść.
Jednak druga ja chciała ich rozszarpać za przerwanie odpoczynku.
Czułam jak moje usta rozchylają się po to, by coś powiedzieć.
Walczyłam z tym, jednak ona wygrała.
"Twoim koszmarem..." - usłyszałam głos samej siebie.
Znowu był mi obcy.
Mój głos nie należał do mnie.
Należał do niej.
Władała mną.
Przez kilka chwil chłopcy stali i patrzyli się na mnie przestraszeni.
Najmłodszy z nich, uroczy blondyn o oczkach, przypominających cudowną, błękitną i czystą wodę w morzu, cicho jęknął, że się boi.
Złapał stojącego obok wyższego blondyna za rękę.
Wyglądali jak bracia.
Tak mi było ich szkoda...
Zaczęli uciekać w popłochu.
Ale wystarczył ułamek sekundy, aby moje ciało, sterowane przez nią, dopadło ich wszystkich.
I znowu niczego nie pamiętałam, panie doktorze.
Zajęła całe moje ciało i umysł.
Tak, jakby mnie uśpiła. Zahipnotyzowała.
Pamiętałam tylko wystraszone oczy małego blondyna.
Leżałam na ziemi ubrudzona ziemią i krwią.
Podniosłam głowę i spojrzałam przed siebie.
Ich ciała poszarpane na kawałki zwisały przywiązane łańcuchami do huśtawki.
Każdy z nich miał wyrwane szczęki i oczy.
Każdy, oprócz młodego blondyna.
Jego oczy wciąż były otwarte i patrzyły na mnie.
Tylko oczy były nienaruszone.
A jego ciało wyglądało, jakby było przecięte piłą mechaniczną.
A raczej połowa ciała.
Części od pasa w dół nie mogłam znaleźć dłuższą chwilę.
Wstałam i spojrzałam za siebie.
Znalazłam.
Karuzela kręciła się bardzo szybko.
A na niej pół ciała małego chłopczyka.
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej ruszyłam w dalszą podróż.
Nikt nie mógł mnie tam znaleźć.
A na pewno będą ich szukać.
Tato, już niedługo będę u Ciebie.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Dzień dwudziesty trzeci.

To mnie przerasta, doktorze.
Codziennie leżę we własnej krwi.
A one są coraz głodniejsze.
I jest ich za każdym razem więcej.
Nie dam rady ich wszystkich wykarmić.
Wciąż się na mnie patrzą.
Mam już tego dość.
Może czas uciec?
Przecież to bezsens.
Gdziekolwiek nie pójdę - one tam będą.
Czyhają w każdym zakamarku.
Mimo wielu starań nie da się ich odpędzić.
Jęki.
Wycie.
Stękania.
Zgrzytanie zębów.
Krzyki.
NIE.
Dosyć tego, słyszycie?
Nie będziecie mną rządzić.
Doktorze...
POMOCY!
ONE CHCĄ MNIE ZABIĆ!
POMOCY!
...
Mój krzyk odbija się tylko od nagich ścian starego magazynu.
Niesie ze sobą tylko echo.
Przerażające echo, które kumuluje się w mojej głowie.
Pomocy...
I tak nikt nie usłyszy.
I tak nikt nie przyjdzie.
Muszę sama sobie poradzić.
Całkowicie sama.
Mamo?
Mamo, gdzie teraz jesteś?
Doktorze, jest może przy panu moja mama?
I mój starszy brat?
Nie pamiętam co się z nimi stało.
A gdyby tak...
A gdybym...
Tak.
Czas wstać.
Wyjść.
Iść do niego.
Tato, mam nadzieję, że będziesz na mnie czekać.
Idę do Ciebie, tatusiu...

środa, 15 października 2014

Dzień dwudziesty drugi.

M r o k.
S t r a c h.
P u s t k a.
Zapadam w n i c o ś ć.
Popadam w p a r a n o j ę.
Siedząc w kącie słucham ciszy.
Jednak wolałabym samotność od obecności tych nędznych, wygłodzonych kreatur.
Obstawiły wszystkie pozostałe kąty.
Nawet te pod sufitem.
Patrzą na mnie T Y M wzrokiem.
Tym, który tak bardzo pragnie wylewu krwi.
M o j e j krwi.
Dawno tego nie dostały.
Lubię je drażnić.
Jak tylko uniosę rękę w górę, ich czarne małe ciała, szczęki i żółte oczy zaczynają się trząść, a z pyska spływa im gęsta ślina.
Wydają z siebie wtedy bardzo dziwne piski i jęki.
A gdy tylko opuszczę rękę z powrotem - wszystko ustaje.
I znowu patrzą się na mnie tak, jak przedtem.
Nakarmić je, doktorze?
Znikną wtedy na jakiś czas.
Uniosłam potłuczone szkło.
Powolnym ruchem rozdzierałam sobie skórę.
Towarzyszyły temu jęki pełne bólu, głodu, nienawiści i smutku.
Zrobiłam siedem głębokich nacięć.
Po jednym dla każdego.
Gdy gęsta krew zaczynała sączyć się z ran, wszystkie nienaturalnym tempem do mnie podbiegły.
M r o k nie był już taki niepokojący.
S t r a c h przestał istnieć.
P u s t k a wypełniła się po brzegi.
Wychodzę z n i c o ś c i.
Znika p a r a n o j a.


poniedziałek, 22 września 2014

Dzień dwudziesty pierwszy.

Każdego dnia przychodziłam w to samo miejsce, doktorze.
Nie zawsze go widziałam.
Ale jeśli już się pojawiał to patrzył w moją stronę.
Któregoś dnia usiadłam na ławce i zapatrzyłam się w dal.
Nagle ktoś usiadł obok mnie.
Moje serce zaczęło walić jak opętane, a siedząca przede mną zakrwawiona dziewczynka w białej sukience zaczęła przeraźliwie płakać i piszczeć.
Po chwili męski głos się odezwał.
Zwykłe "cześć", a sparaliżowało mnie tak, że nie mogłam się ruszyć.
Od tak długiego czasu nie rozmawiałam z ludźmi.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego.
Tak.
To był on.
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
A gdy się uśmiechnął - świat przestał istnieć.
Przestraszyłam się.
Nigdy nie czułam czegoś takiego.
Tamta dziewczynka podeszła do mnie i łapiąc mnie za szyję szepnęła, bym uciekała.
Tak też zrobiłam.
Rzuciłam krótko, że muszę już iść.
Poderwałam się z ławki i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Oddalając się czułam na sobie jego wzrok.
Jego pełen rozczarowania wzrok.
Skierowałam się nad rzekę.
Głosy dobiegające spod mostu przyciągnęły moją uwagę.
Poczułam szarpnięcie.
A później już tylko pustka.
A obok martwe ciała.
Rozszarpane, bez oczu, bez zębów i bez palców.
Nie mogłam oderwać od nich wzroku, panie doktorze.
Te nagie ciała we krwi były dla mnie niczym obraz dla malarza.
Niczym piękny ogród dla ogrodnika.
Czy mogę się nazwać artystą?
Dla każdego sztuka jest czymś innym, prawda?
Czas uciekać.
Słyszę kroki.
Muszę uciekać.
Jutro znowu tam wrócę.
Wrócę, obiecuję.
Czekaj na mnie.
Nie odchodź.
Bądź...

poniedziałek, 26 maja 2014

Dzień dwudziesty.

Poszłam tam z nadzieją na ponowne ujrzenie go.
Instynkt mnie nie zawiódł.
Był tam.
Palił papierosa i z kimś rozmawiał.
Nie zwróciłam uwagi na tę drugą osobę.
Tym razem byłam sama.
Nikt nie mówił mi za uchem co mam robić.
Więc siedziałam na ławce w parku na przeciwko i patrzyłam.
Obserwowałam.
Nie wiem jak długo to trwało zanim zorientowałam się, że zerka w moim kierunku.
Chciałam wstać i uciec.
Ale coś jakby mnie przygwoździło do ławki.
Wstrzymałam oddech gdy natrafiliśmy wzajemnie na swoje oczy.
Poczułam się dziwnie i nieswojo.
Mimo to nie odwróciłam wzroku.
Gdy jego uwagę zwróciła kobieta, która z nim rozmawiała uznałam, że czas na ucieczkę.
Zerwałam się i pobiegłam przed siebie.
Odwracając się zauważyłam, że wodzi po parku swoimi głębokimi oczami.
Szukał mnie?
Coś mną szarpnęło.
I nie było to to co zwykle.
Nie było to to co kiedyś.
Poczułam coś mokrego na policzkach.
Czy to łzy?
Ostatnio czułam je u pana w gabinecie, doktorze.
Czemu pana tu nie ma?
Niech mi pan powie co mam robić...
Boję się..

poniedziałek, 19 maja 2014

Dzień dziewiętnasty.

Nie mogłam dłużej błądzić po lesie.
Noce były zbyt chłodne.
Poszłam w kierunku jakiejś niewielkiej osady.
Pokręciłam się w pobliżu jakiegoś baru.
Obserwowałam każdego uważnie.
Jedna osoba szczególnie zapadła mi w pamięć, doktorze.
Był mężczyzną.
Nie był wysoki, ale też nie był niski.
Miał czarne włosy.
I duże oczy.
Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Pierwszy raz patrzyłam na kogoś w ten sposób.
W sposób, którego nie jestem w stanie opisać.
Za każdym razem gdy patrzę na ludzi...
Odpychają mnie.
Mam ochotę się ich wszystkich pozbyć.
Tym razem było inaczej.
Coś za uchem podpowiadało mi, że zabicie go będzie czymś cudownym.
Że powinnam go dopaść.
Że powinnam ich wszystkich nakarmić jego krwią.
Ale ja nie chciałam.
Sprzeciwiłam się.
Pierwszy raz od dawna się sprzeciwiłam.
Wiedziałam, że to przyniesie złe skutki.
Gdy tylko wróciłam do swojej kryjówki w starych magazynach - zaatakowały mnie.
Ich oczy świeciły bardziej niż zwykle.
Zęby i pazury zdawały się ostrzejsze.
Strasznie głośno krzyczały, panie doktorze.
Dawno im nie odmawiałam.
Miałam przez ten czas przerwę od ich ataków.
Ale jednak się to stało.
Ta duża postać zbliżyła się bardziej, niż zwykle.
Czy dobrze robię, doktorze, odmawiając im?

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dzień osiemnasty.

Panie doktorze, zbliżył się.
Ale nadal nie może mnie dotknąć.
Im więcej krwi leci z mojego ciała - tym bardziej się zbliża.
Wydaje się większy od czasu gdy pisałam do pana po raz ostatni.
Dużo wędrowałam.
Dużo błądziłam.
Dużo myślałam.
Zastanawiałam się czy może nie wrócić do domu.
Wpadła mi do rąk gazeta.
Pisali o zakładzie psychiatrycznym.
O tym, że nikt nie przeżył.
O tym, że wszystkie ciała były mocno pokiereszowane.
Większość nie miała głów.
Niektóre były nabite na kraty.
Poszukują mordercy.
A raczej morderców.
Nie sądzą, by zrobiła to jedna osoba.
Nie.
Nie mogę.
Nie mogę wrócić do domu.
Wspominałam już o tym, że tuż obok mnie na drzewie wisi dziecko?
Jest powieszone za nogi.
Żyje.
Jeszcze.
Mój prześladowca się nim żywi.
Jak tylko rozetnę mu skórę - pełźnie do niego i wysysa mu krew.
Chłopiec nawet już nie krzyczy.
Poddał się.
Nie wiem co robić.
Czy ja też się już poddaję?
Wilk znowu wyje.
Pośród drzew coś widziałam.
Miało ciało podobne do wielbłąda, lecz było znacznie mniejsze.
Nie miało garbów.
Szyję miało długą, giętką i bardzo chudą.
Głowa machała mu się na niej niczym piesek samochodowy na wyboistej drodze.
Oczy nie miały źrenic i tęczówek.
Całe białe.
Chyba znowu się gdzieś kręci.
Słyszę trzaskanie gałęzi pod kopytami.
Tak. To ono.
Położyło się jakby mnie nie widziało.
Nagle niespodziewanie podniosło głowę.
Patrzy.
Wierci mnie swoimi gałkami ocznymi.
Chyba się boję.
Pomocy.
Czy ktoś mnie uratuje?

piątek, 28 marca 2014

Dzień siedemnasty.

Przeszłam już niezły kawałek drogi.
A on ciągle za mną kroczy, panie doktorze.
Przewierca mnie swymi żółtymi ślepiami.
Któregoś dnia postanowiłam się mu przyjrzeć.
Ma bardzo długie ręce, a dłonie są zakończone ostrymi pazurami.
Sięgają mu do kolan.
Chodzi zgarbiony.
Z jego ust cienkie gęsta ślina.
Jednak nadal do mnie nie podszedł.
Jak gdyby coś go blokowało.
Bardzo go to irytuje.
Coraz więcej śliny toczy się z jego pyska.
A gdy spojrzę mu w oczy, wyciąga ku mnie swoje czarne, długie, pokrzywione palce.
I czasem szepcze.
I czasem krzyczy.
I czasem jęczy.
Patrzy się teraz jak zahipnotyzowany na moje nogi.
Z głębokich ran wycieka krew.
Może tego on pragnie?
Chyba tak.
On pragnie krwi.
Pragnie zemsty.
Pragnie bólu.
Pragnie ran.



czwartek, 27 marca 2014

Dzień szesnasty.

Obudziłam się przed wschodem słońca, doktorze.
Czułam, że ktoś się na mnie patrzy.
Otworzyłam gwałtownie oczy.
Widziałam nagie, blade stopy.
A na nich krople zaschniętej krwi.
Powoli kierowałam wzrok w górę.
Miała sukienkę do kostek.
Śliczną, białą, koronkową sukienkę.
Im wyżej mój wzrok się wznosił tym więcej było krwi.
W końcu dotarłam do głowy.
Miała białą, porcelanową twarz.
Oraz pełne, kobiece, czerwone usta.
Nie miała włosów.
Nie miała oczu.
Miała przecięte gardło.
A więc stąd ta krew.
Była nade mną pochylona, panie doktorze.
I miała lekko przechyloną głowę.
Spojrzałam na martwe ciało tego chłopca.
Pamięta go pan?
Ma odcięte nogi oraz ręce.
Oczy ma wciąż otwarte.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch.
To ta postać.
Powolnie odwróciła się i podeszła do okna z wybitą szybą.
Skierowała głowę w moją stronę, stanęła na parapet i wyskoczyła.
Postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze chwile.
Lecz nagle coś strasznie zaczęło walić po ścianach.
Dookoła pomieszczenia, w którym byłam.
To coś wrzeszczało i sapało.
Jakby nie mogło się do mnie dostać.
Usiadłam na środku i zaczęłam krzyczeć, żeby przestało.
Posłuchało się.
Lecz nie na długo.
Pojawiło się w oknie.
Miało żółte oczy.
Reszta ciała była ciemna.
Niemal czarna od porannego mroku.
Patrzyło się na mnie przez kilka chwil.
Nagle powoli otworzyło usta i strasznie szybko zaczęło szeptać coś w niezrozumiałym dla mnie języku.
Nagle przerwało i z gniewem w oczach powiedziało, że mnie dopadnie.
Chyba muszę opuścić to miejsce, panie doktorze.
Kończę pisanie.
Czas ruszać w drogę...