Zrobiłam sobie przerwę w podróży, doktorze.
Stary, opuszczony plac zabaw.
Otaczał go ciemny las.
Sprzęty do zabaw nie nadawały się do użytku.
Rdza wydawała się pokrywać najdrobniejsze zakamarki każdego z nich.
Wiatr wprawiał huśtawki w ruch, przez co wydawały z siebie ciche skrzypienie.
Przegniłe, drewniane ławki były połamane.
Ciemność, jaka tu panowała była przyjemna, ale i straszna.
Drzewa rosnące najbliżej placu były w większości połamane i powyginane w nienaturalne kształty.
Usiadłam na zniszczonej karuzeli, na której tylko w kilku miejscach widać było resztki kolorowej farby.
Delektowałam się spokojem, samotnością i pustką panującą dookoła mnie.
Do czasu.
Usłyszałam kroki przemierzające zaschnięte krzewy, łamiące gałęzie, które leżały na ziemi.
Śmiechy.
Wesołe rozmowy.
I nagle cisza.
I słowa "stop. cicho. ktoś tam siedzi."
Czułam na sobie ich wzrok.
Jeden z nich się poruszył i zapytał kim jestem.
Bardzo powoli przekręciłam głowę w ich stronę.
Czułam jak moje oczy palą się do czerwoności.
Chyba to zauważyli, bo zamiast wesołych twarzy pięciu młodych chłopców malowało się na nich przerażenie.
Podniosłam wzrok na twarz najstarszego, tego, który się do mnie odezwał.
Nie chciałam nic powiedzieć. Chciałam stąd iść.
Jednak druga ja chciała ich rozszarpać za przerwanie odpoczynku.
Czułam jak moje usta rozchylają się po to, by coś powiedzieć.
Walczyłam z tym, jednak ona wygrała.
"Twoim koszmarem..." - usłyszałam głos samej siebie.
Znowu był mi obcy.
Mój głos nie należał do mnie.
Należał do niej.
Władała mną.
Przez kilka chwil chłopcy stali i patrzyli się na mnie przestraszeni.
Najmłodszy z nich, uroczy blondyn o oczkach, przypominających cudowną, błękitną i czystą wodę w morzu, cicho jęknął, że się boi.
Złapał stojącego obok wyższego blondyna za rękę.
Wyglądali jak bracia.
Tak mi było ich szkoda...
Zaczęli uciekać w popłochu.
Ale wystarczył ułamek sekundy, aby moje ciało, sterowane przez nią, dopadło ich wszystkich.
I znowu niczego nie pamiętałam, panie doktorze.
Zajęła całe moje ciało i umysł.
Tak, jakby mnie uśpiła. Zahipnotyzowała.
Pamiętałam tylko wystraszone oczy małego blondyna.
Leżałam na ziemi ubrudzona ziemią i krwią.
Podniosłam głowę i spojrzałam przed siebie.
Ich ciała poszarpane na kawałki zwisały przywiązane łańcuchami do huśtawki.
Każdy z nich miał wyrwane szczęki i oczy.
Każdy, oprócz młodego blondyna.
Jego oczy wciąż były otwarte i patrzyły na mnie.
Tylko oczy były nienaruszone.
A jego ciało wyglądało, jakby było przecięte piłą mechaniczną.
A raczej połowa ciała.
Części od pasa w dół nie mogłam znaleźć dłuższą chwilę.
Wstałam i spojrzałam za siebie.
Znalazłam.
Karuzela kręciła się bardzo szybko.
A na niej pół ciała małego chłopczyka.
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej ruszyłam w dalszą podróż.
Nikt nie mógł mnie tam znaleźć.
A na pewno będą ich szukać.
Tato, już niedługo będę u Ciebie.