Doktorze, coś jest z nim nie tak.
Idzie za mną, ale na mnie jeszcze ani razu nie spojrzał.
Nie interesuje go moja krew, którą wylewam z siebie codziennie.
Inni rzucają się od razu, posilają się nią, pragną jej.
Ale on...
Nie wiem czego on chce.
Jest bardzo wysoki.
Dwukrotnie większy ode mnie.
Widać mu wszystkie kości, które wyglądają jakby lada chwila miały mu przebić tę przegniłą, starą, szarą skórę.
Ma bardzo wklęsłe oczodoły.
Sprawiają takie wrażenie, jakby jego białe oczy miały zaraz wypaść.
I ta wiecznie otwarta gęba, z której cuchnie trupami.
Siedzę właśnie w parku, zbliża się jakaś kobieta.
Bardzo ładna, ma rude włosy, zielone oczy i piegi.
Dziwne... Patrzy się na nią.
Jak dotąd jeszcze nie widziałam, aby spoglądał na kogokolwiek.
Może dlatego, że pierwszy raz od tygodnia przebywam w miejscu publicznym?
Do mojego taty już niedaleko, mieszka w mieście obok.
Rudowłosa przeszła obok nas, a on śledzi ją wzrokiem.
I właśnie...
Właśnie w nienaturalnym tempie spojrzał się na mnie...
Przeszły mnie dreszcze, doktorze.
Jeszcze nigdy nie widziałam oczu, w których było widać tyle głodu.
Jeszcze nigdy żadne z nich tak się na mnie nie spojrzało.
Chciałam to zignorować doktorze, naprawdę, chciałam, starałam się.
Ale im bardziej rudowłosa się oddalała, tym bliżej mnie podchodził.
I patrzył. Prosto w oczy. Głodny.
Bardzo.
Głodny.
Pobiegłam za nią, ze łzami w oczach szepnęłam, że przepraszam.
Ale ona już leżała obok, na brzuchu.
Jednak nie było śladów krwi.
W ręku trzymałam zakrwawiony, duży kij, który lśnił od czerwieni na słońcu.
Odwróciłam ją.
Miała zmiażdżoną twarz.
Jedno oko wisiało na ostatniej nitce.
Zęby leżały w różnych miejscach na ścieżce.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że on powoli tu idzie.
Kucnął przy rudowłosej i zaczął wydawać dziwne dźwięki...
Podobne do bardzo, ale to bardzo szybkiego tykania zegara.
Nie chciałam już tego oglądać.
Poszłam z powrotem na ławkę.
A za sobą słyszałam tylko tykanie, mlaskanie, łamiące się kości.