piątek, 28 marca 2014

Dzień siedemnasty.

Przeszłam już niezły kawałek drogi.
A on ciągle za mną kroczy, panie doktorze.
Przewierca mnie swymi żółtymi ślepiami.
Któregoś dnia postanowiłam się mu przyjrzeć.
Ma bardzo długie ręce, a dłonie są zakończone ostrymi pazurami.
Sięgają mu do kolan.
Chodzi zgarbiony.
Z jego ust cienkie gęsta ślina.
Jednak nadal do mnie nie podszedł.
Jak gdyby coś go blokowało.
Bardzo go to irytuje.
Coraz więcej śliny toczy się z jego pyska.
A gdy spojrzę mu w oczy, wyciąga ku mnie swoje czarne, długie, pokrzywione palce.
I czasem szepcze.
I czasem krzyczy.
I czasem jęczy.
Patrzy się teraz jak zahipnotyzowany na moje nogi.
Z głębokich ran wycieka krew.
Może tego on pragnie?
Chyba tak.
On pragnie krwi.
Pragnie zemsty.
Pragnie bólu.
Pragnie ran.



czwartek, 27 marca 2014

Dzień szesnasty.

Obudziłam się przed wschodem słońca, doktorze.
Czułam, że ktoś się na mnie patrzy.
Otworzyłam gwałtownie oczy.
Widziałam nagie, blade stopy.
A na nich krople zaschniętej krwi.
Powoli kierowałam wzrok w górę.
Miała sukienkę do kostek.
Śliczną, białą, koronkową sukienkę.
Im wyżej mój wzrok się wznosił tym więcej było krwi.
W końcu dotarłam do głowy.
Miała białą, porcelanową twarz.
Oraz pełne, kobiece, czerwone usta.
Nie miała włosów.
Nie miała oczu.
Miała przecięte gardło.
A więc stąd ta krew.
Była nade mną pochylona, panie doktorze.
I miała lekko przechyloną głowę.
Spojrzałam na martwe ciało tego chłopca.
Pamięta go pan?
Ma odcięte nogi oraz ręce.
Oczy ma wciąż otwarte.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch.
To ta postać.
Powolnie odwróciła się i podeszła do okna z wybitą szybą.
Skierowała głowę w moją stronę, stanęła na parapet i wyskoczyła.
Postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze chwile.
Lecz nagle coś strasznie zaczęło walić po ścianach.
Dookoła pomieszczenia, w którym byłam.
To coś wrzeszczało i sapało.
Jakby nie mogło się do mnie dostać.
Usiadłam na środku i zaczęłam krzyczeć, żeby przestało.
Posłuchało się.
Lecz nie na długo.
Pojawiło się w oknie.
Miało żółte oczy.
Reszta ciała była ciemna.
Niemal czarna od porannego mroku.
Patrzyło się na mnie przez kilka chwil.
Nagle powoli otworzyło usta i strasznie szybko zaczęło szeptać coś w niezrozumiałym dla mnie języku.
Nagle przerwało i z gniewem w oczach powiedziało, że mnie dopadnie.
Chyba muszę opuścić to miejsce, panie doktorze.
Kończę pisanie.
Czas ruszać w drogę...


czwartek, 6 marca 2014

Dzień piętnasty.

Ściany porośnięte mchem.
Drzewa, które zaczynają powoli obrastać zielenią.
Powybijane szyby, przez które wpada chłodne powietrze.
Dookoła unosił się zapach wilgoci.
Stary magazyn teraz należy do mnie.
Jego poprzedni mieszkańcy właśnie przede mną wiszą, panie doktorze.
Lubię ich obserwować.
Lubię patrzeć jak wpadający przez okna wiatr wprawia ich ciała w kołysanie.
Iruu i Zach odeszli.
Ale nie narzekam na samotność.
W kącie naprzeciwko mnie siedzi jakiś chłopiec.
Żyje i ma się dobrze.
Jest tylko związany.
Dużo płacze.
Ma mocno poparzoną łydkę.
Jak rozpalałam ognisko to zaczął krzyczeć.
Ale to nie moja wina, panie doktorze.
Nie lubię gdy ktoś krzyczy.
I błaga o litość.
Dziwnie się na mnie patrzy kiedy z kimś rozmawiam.
Chyba mu jest zimno, trzęsie się.
I chyba znowu zaczyna płakać.
Ktoś za ścianą mówi mi co mam z nim zrobić.
Napiszę jutro, panie doktorze.
Mam trochę pracy na dziś...


sobota, 1 marca 2014

Dzień czternasty.

Postanowiłam do pana pisać, panie doktorze.
Biegłam bardzo długo. Wprost przed siebie.
Nie wiem gdzie teraz jestem.
Nie wiem kim teraz jestem.
Nie wiem dokąd zmierzam.
Nie wiem jaki jest dzień.
Nic nie wiem.
Strasznie się boję.
Ale nie jestem sama.
Siedzą przy mnie.
Przedstawili się jako Iruu i Zach.
Iruu ciągle płacze krwią.
Ale nigdy nic nie mówi.
Nie ma ust.
Zach natomiast mówi bardzo dużo.
Często są to złe rzeczy.
To on mi kazał zrobić coś złego temu wędkarzowi.
Leży przede mną.
Ma owiniętą żyłkę dookoła szyi.
I wbity haczyk w oko.
Wszystkie palce ma odcięte.
Z jego otwartego brzucha jeszcze cieknie krew.
I leży w nim duża ryba, która jeszcze oddycha.
Iruu znowu zaczyna płakać.
A Zach dziwnie się na mnie patrzy.
Chyba czas ruszać w drogę...