czwartek, 27 marca 2014

Dzień szesnasty.

Obudziłam się przed wschodem słońca, doktorze.
Czułam, że ktoś się na mnie patrzy.
Otworzyłam gwałtownie oczy.
Widziałam nagie, blade stopy.
A na nich krople zaschniętej krwi.
Powoli kierowałam wzrok w górę.
Miała sukienkę do kostek.
Śliczną, białą, koronkową sukienkę.
Im wyżej mój wzrok się wznosił tym więcej było krwi.
W końcu dotarłam do głowy.
Miała białą, porcelanową twarz.
Oraz pełne, kobiece, czerwone usta.
Nie miała włosów.
Nie miała oczu.
Miała przecięte gardło.
A więc stąd ta krew.
Była nade mną pochylona, panie doktorze.
I miała lekko przechyloną głowę.
Spojrzałam na martwe ciało tego chłopca.
Pamięta go pan?
Ma odcięte nogi oraz ręce.
Oczy ma wciąż otwarte.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch.
To ta postać.
Powolnie odwróciła się i podeszła do okna z wybitą szybą.
Skierowała głowę w moją stronę, stanęła na parapet i wyskoczyła.
Postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze chwile.
Lecz nagle coś strasznie zaczęło walić po ścianach.
Dookoła pomieszczenia, w którym byłam.
To coś wrzeszczało i sapało.
Jakby nie mogło się do mnie dostać.
Usiadłam na środku i zaczęłam krzyczeć, żeby przestało.
Posłuchało się.
Lecz nie na długo.
Pojawiło się w oknie.
Miało żółte oczy.
Reszta ciała była ciemna.
Niemal czarna od porannego mroku.
Patrzyło się na mnie przez kilka chwil.
Nagle powoli otworzyło usta i strasznie szybko zaczęło szeptać coś w niezrozumiałym dla mnie języku.
Nagle przerwało i z gniewem w oczach powiedziało, że mnie dopadnie.
Chyba muszę opuścić to miejsce, panie doktorze.
Kończę pisanie.
Czas ruszać w drogę...


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz