niedziela, 27 października 2013

Dzień trzeci.

Znowu tam poszłam, panie doktorze.
To niemal przyzwyczajenie. Czynność codzienna.
W nozdrza uderzył mnie odpychający odór zwłok.
Mimo tego wkroczyłam tam.
Ktoś jeszcze się ruszał.
Mały chłopiec.
Mały, bezbronny chłopiec.
Podeszłam do niego.
Ukucnęłam. Powiedziałam, żeby się nie bał.
Był bardzo przerażony. Obok leżała jego martwa siostrzyczka.
Miała wydłubane oczy i zaszyte usta.
Przytuliłam go.
Powtarzałam, że wszystko będzie dobrze.
I wtedy usłyszałam głos.
Niczym robot, automatycznie i dyskretnie sięgnęłam po nóż, który leżał za chłopcem.
Spojrzał na mnie zapłakanymi oczkami.
Przestał płakać kiedy zobaczył mój martwy, nieobecny i pusty wzrok.
Nie pamiętam co wtedy czułam.
Wiedziałam tylko co muszę zrobić.
Przytulając go po raz ostatni wbiłam mu nóż w brzuch.
Kilka razy.
W końcu przestał walczyć.
Osunął się bezwładnie i runął na ziemię.
Ułożyłam go obok siostrzyczki.
To rodzeństwo już na zawsze będzie razem.
Wszystko w porządku, panie doktorze?
Bardzo pan zbladł.
Proszę się nie obawiać.
Wszystko będzie dobrze.

piątek, 25 października 2013

Dzień drugi.

Panie doktorze, znowu nie mogłam zasnąć.
Głosy w mojej głowie podpowiadały mi co miałam robić.
Ja nie chciałam tam iść.
One mi rozkazały.
Pamiętam oświetlane przez księżyc zakrwawione ostrza.
Pamiętam martwe wzroki zwrócone na mnie.
Pamiętam widok kręcących się w kółko wisielców.
Pamiętam ten drut wbity w brzuch ciężarnej kobiety.
Oni już nie mogli nic zrobić.
Nie czułam poczucia winy.
Nie ja to zrobiłam.
Mimo tej krwi na moich dłoniach.
Nie ja to zrobiłam.
Proszę mi uwierzyć.
Znowu je słychać.
Niech pan ucieka, panie doktorze.
Niech pan ucieka...

Dzień pierwszy.

Dzień dobry, panie doktorze.
U mnie wszystko w porządku. Mam tylko chęć kogoś zabić.
Najlepiej całą ludzkość. Wszystkich po kolei. Zmasakrować ich twarze.
Wycinać na ich ciałach pentagramy, odwrócone krzyże.
Proszę tak nie patrzeć na moje ręce, panie doktorze.
Tak, pamiętam ten dzień. Tak, jakby to było wczoraj. 
A przecież wydarzyło się to tak dawno.
Słyszałam jak ktoś krzyczał. Przeraźliwie i głośno.
W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że ten krzyk należy do mnie.
Pamiętam te kolory. Biel, zieleń oraz czerwień.
Blada skóra. Zielone szkło ze zbitej butelki po piwie. Krew.
Pamiętam, że patrzyłam na to z fascynacją. Jak zahipnotyzowana.
Zamiast wyciągnąć szkło ze skóry i je wyrzucić wbijałam je jeszcze głębiej.
Patrzyłam jak blada skóra rozrywa się a z rany wypływa gęsta, szkarłatna krew.
Znowu krzyki. Ale panie doktorze.
Nie chcę o tym rozmawiać.
Nie chcę o tym rozmawiać.
Nie chcę o tym rozmawiać.