poniedziałek, 29 grudnia 2014

Dzień dwudziesty trzeci.

To mnie przerasta, doktorze.
Codziennie leżę we własnej krwi.
A one są coraz głodniejsze.
I jest ich za każdym razem więcej.
Nie dam rady ich wszystkich wykarmić.
Wciąż się na mnie patrzą.
Mam już tego dość.
Może czas uciec?
Przecież to bezsens.
Gdziekolwiek nie pójdę - one tam będą.
Czyhają w każdym zakamarku.
Mimo wielu starań nie da się ich odpędzić.
Jęki.
Wycie.
Stękania.
Zgrzytanie zębów.
Krzyki.
NIE.
Dosyć tego, słyszycie?
Nie będziecie mną rządzić.
Doktorze...
POMOCY!
ONE CHCĄ MNIE ZABIĆ!
POMOCY!
...
Mój krzyk odbija się tylko od nagich ścian starego magazynu.
Niesie ze sobą tylko echo.
Przerażające echo, które kumuluje się w mojej głowie.
Pomocy...
I tak nikt nie usłyszy.
I tak nikt nie przyjdzie.
Muszę sama sobie poradzić.
Całkowicie sama.
Mamo?
Mamo, gdzie teraz jesteś?
Doktorze, jest może przy panu moja mama?
I mój starszy brat?
Nie pamiętam co się z nimi stało.
A gdyby tak...
A gdybym...
Tak.
Czas wstać.
Wyjść.
Iść do niego.
Tato, mam nadzieję, że będziesz na mnie czekać.
Idę do Ciebie, tatusiu...