Biegłam.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.
sobota, 28 grudnia 2013
piątek, 27 grudnia 2013
Dzień dziewiąty.
Panie doktorze, one wróciły.
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)