Biegłam.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz