Każdego dnia przychodziłam w to samo miejsce, doktorze.
Nie zawsze go widziałam.
Ale jeśli już się pojawiał to patrzył w moją stronę.
Któregoś dnia usiadłam na ławce i zapatrzyłam się w dal.
Nagle ktoś usiadł obok mnie.
Moje serce zaczęło walić jak opętane, a siedząca przede mną zakrwawiona dziewczynka w białej sukience zaczęła przeraźliwie płakać i piszczeć.
Po chwili męski głos się odezwał.
Zwykłe "cześć", a sparaliżowało mnie tak, że nie mogłam się ruszyć.
Od tak długiego czasu nie rozmawiałam z ludźmi.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego.
Tak.
To był on.
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
A gdy się uśmiechnął - świat przestał istnieć.
Przestraszyłam się.
Nigdy nie czułam czegoś takiego.
Tamta dziewczynka podeszła do mnie i łapiąc mnie za szyję szepnęła, bym uciekała.
Tak też zrobiłam.
Rzuciłam krótko, że muszę już iść.
Poderwałam się z ławki i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Oddalając się czułam na sobie jego wzrok.
Jego pełen rozczarowania wzrok.
Skierowałam się nad rzekę.
Głosy dobiegające spod mostu przyciągnęły moją uwagę.
Poczułam szarpnięcie.
A później już tylko pustka.
A obok martwe ciała.
Rozszarpane, bez oczu, bez zębów i bez palców.
Nie mogłam oderwać od nich wzroku, panie doktorze.
Te nagie ciała we krwi były dla mnie niczym obraz dla malarza.
Niczym piękny ogród dla ogrodnika.
Czy mogę się nazwać artystą?
Dla każdego sztuka jest czymś innym, prawda?
Czas uciekać.
Słyszę kroki.
Muszę uciekać.
Jutro znowu tam wrócę.
Wrócę, obiecuję.
Czekaj na mnie.
Nie odchodź.
Bądź...
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz