środa, 15 października 2014

Dzień dwudziesty drugi.

M r o k.
S t r a c h.
P u s t k a.
Zapadam w n i c o ś ć.
Popadam w p a r a n o j ę.
Siedząc w kącie słucham ciszy.
Jednak wolałabym samotność od obecności tych nędznych, wygłodzonych kreatur.
Obstawiły wszystkie pozostałe kąty.
Nawet te pod sufitem.
Patrzą na mnie T Y M wzrokiem.
Tym, który tak bardzo pragnie wylewu krwi.
M o j e j krwi.
Dawno tego nie dostały.
Lubię je drażnić.
Jak tylko uniosę rękę w górę, ich czarne małe ciała, szczęki i żółte oczy zaczynają się trząść, a z pyska spływa im gęsta ślina.
Wydają z siebie wtedy bardzo dziwne piski i jęki.
A gdy tylko opuszczę rękę z powrotem - wszystko ustaje.
I znowu patrzą się na mnie tak, jak przedtem.
Nakarmić je, doktorze?
Znikną wtedy na jakiś czas.
Uniosłam potłuczone szkło.
Powolnym ruchem rozdzierałam sobie skórę.
Towarzyszyły temu jęki pełne bólu, głodu, nienawiści i smutku.
Zrobiłam siedem głębokich nacięć.
Po jednym dla każdego.
Gdy gęsta krew zaczynała sączyć się z ran, wszystkie nienaturalnym tempem do mnie podbiegły.
M r o k nie był już taki niepokojący.
S t r a c h przestał istnieć.
P u s t k a wypełniła się po brzegi.
Wychodzę z n i c o ś c i.
Znika p a r a n o j a.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz