środa, 12 lutego 2014

Dzień trzynasty.

Otworzyłam oczy.
Było bardzo zimno i ciemno.
Nie wiedziałam gdzie jestem.
Zaczęłam iść przed siebie.
Nagle o coś się potknęłam i się przewróciłam.
Próbowałam ręką odgadnąć co to jest.
Wyczułam dotykiem oczy. Nos. Usta.
Szybko wstałam i po omacku szukałam na ścianie włącznika światła.
W końcu go znalazłam.
Z drżącą ręką zapaliłam światło.
Powoli obróciłam się, by spojrzeć za siebie.
Kaftan leżał porwany przy oknie.
Powiodłam swój wzrok dalej.
Pańskie zbite okulary, panie doktorze.
A na nich zaschnięta krew.
Kątem oka dostrzegłam coś dziwnego pod ścianą.
Powoli skierowałam tam wzrok.
Znajdowała się tam kupa zwłok w białych, lekarskich kitlach.
Podeszłam bliżej.
Leżał tam pan.
Razem ze wszystkimi.
Miał pan wbite szkło w lewe oko.
Z pańskiego podciętego gardła jeszcze sączyła się gęsta, czerwona krew.
Pańska asystentka miała wygryziony policzek.
Było widać jej przez to wszystkie zęby.
Powoli przeszłam na drugą stronę, aby przyjrzeć się pozostałym.
Pod panem leżał ten młody praktykant.
Nie miał palców.
Miał coś wbite w serce.
Metalowy pręt? Skąd on się tu wziął?
Spojrzałam w kąt.
Pod oknem siedziała ułożona pewna postać.
Jej ciało wyglądało jakby po prostu tam odpoczywało.
Nie mogłam stwierdzić kto to jest.
Ciało było bez głowy.
A więc o nią się potknęłam.
Gwałtownie się odwróciłam.
Leżała na środku sali. Była zwrócona na bezgłowe ciało.
To była pańska żona. Pracowała tu razem z panem.
Z całkowitym zobojętnieniem stamtąd wyszłam.
W szpitalu było pusto. I strasznie cicho.
Nie chciałam widzieć pozostałych.
Na ścianach była zaschnięta krew.
Na podłodze też.
Jakby ktoś po niej ciągnął zmasakrowane ciała.
Nie chciałam wiedzieć co się z nimi stało.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
Nad drzwiami widniał napis z krwi:
"Przepraszam."
Wybiegłam łapiąc po drodze długopis i notes.
A w mojej głowie jeszcze długo huczyło słowo "przepraszam"...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz