Panie doktorze, zbliżył się.
Ale nadal nie może mnie dotknąć.
Im więcej krwi leci z mojego ciała - tym bardziej się zbliża.
Wydaje się większy od czasu gdy pisałam do pana po raz ostatni.
Dużo wędrowałam.
Dużo błądziłam.
Dużo myślałam.
Zastanawiałam się czy może nie wrócić do domu.
Wpadła mi do rąk gazeta.
Pisali o zakładzie psychiatrycznym.
O tym, że nikt nie przeżył.
O tym, że wszystkie ciała były mocno pokiereszowane.
Większość nie miała głów.
Niektóre były nabite na kraty.
Poszukują mordercy.
A raczej morderców.
Nie sądzą, by zrobiła to jedna osoba.
Nie.
Nie mogę.
Nie mogę wrócić do domu.
Wspominałam już o tym, że tuż obok mnie na drzewie wisi dziecko?
Jest powieszone za nogi.
Żyje.
Jeszcze.
Mój prześladowca się nim żywi.
Jak tylko rozetnę mu skórę - pełźnie do niego i wysysa mu krew.
Chłopiec nawet już nie krzyczy.
Poddał się.
Nie wiem co robić.
Czy ja też się już poddaję?
Wilk znowu wyje.
Pośród drzew coś widziałam.
Miało ciało podobne do wielbłąda, lecz było znacznie mniejsze.
Nie miało garbów.
Szyję miało długą, giętką i bardzo chudą.
Głowa machała mu się na niej niczym piesek samochodowy na wyboistej drodze.
Oczy nie miały źrenic i tęczówek.
Całe białe.
Chyba znowu się gdzieś kręci.
Słyszę trzaskanie gałęzi pod kopytami.
Tak. To ono.
Położyło się jakby mnie nie widziało.
Nagle niespodziewanie podniosło głowę.
Patrzy.
Wierci mnie swoimi gałkami ocznymi.
Chyba się boję.
Pomocy.
Czy ktoś mnie uratuje?
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
piątek, 28 marca 2014
Dzień siedemnasty.
Przeszłam już niezły kawałek drogi.
A on ciągle za mną kroczy, panie doktorze.
Przewierca mnie swymi żółtymi ślepiami.
Któregoś dnia postanowiłam się mu przyjrzeć.
Ma bardzo długie ręce, a dłonie są zakończone ostrymi pazurami.
Sięgają mu do kolan.
Chodzi zgarbiony.
Z jego ust cienkie gęsta ślina.
Jednak nadal do mnie nie podszedł.
Jak gdyby coś go blokowało.
Bardzo go to irytuje.
Coraz więcej śliny toczy się z jego pyska.
A gdy spojrzę mu w oczy, wyciąga ku mnie swoje czarne, długie, pokrzywione palce.
I czasem szepcze.
I czasem krzyczy.
I czasem jęczy.
Patrzy się teraz jak zahipnotyzowany na moje nogi.
Z głębokich ran wycieka krew.
Może tego on pragnie?
Chyba tak.
On pragnie krwi.
Pragnie zemsty.
Pragnie bólu.
Pragnie ran.
A on ciągle za mną kroczy, panie doktorze.
Przewierca mnie swymi żółtymi ślepiami.
Któregoś dnia postanowiłam się mu przyjrzeć.
Ma bardzo długie ręce, a dłonie są zakończone ostrymi pazurami.
Sięgają mu do kolan.
Chodzi zgarbiony.
Z jego ust cienkie gęsta ślina.
Jednak nadal do mnie nie podszedł.
Jak gdyby coś go blokowało.
Bardzo go to irytuje.
Coraz więcej śliny toczy się z jego pyska.
A gdy spojrzę mu w oczy, wyciąga ku mnie swoje czarne, długie, pokrzywione palce.
I czasem szepcze.
I czasem krzyczy.
I czasem jęczy.
Patrzy się teraz jak zahipnotyzowany na moje nogi.
Z głębokich ran wycieka krew.
Może tego on pragnie?
Chyba tak.
On pragnie krwi.
Pragnie zemsty.
Pragnie bólu.
Pragnie ran.
czwartek, 27 marca 2014
Dzień szesnasty.
Obudziłam się przed wschodem słońca, doktorze.
Czułam, że ktoś się na mnie patrzy.
Otworzyłam gwałtownie oczy.
Widziałam nagie, blade stopy.
A na nich krople zaschniętej krwi.
Powoli kierowałam wzrok w górę.
Miała sukienkę do kostek.
Śliczną, białą, koronkową sukienkę.
Im wyżej mój wzrok się wznosił tym więcej było krwi.
W końcu dotarłam do głowy.
Miała białą, porcelanową twarz.
Oraz pełne, kobiece, czerwone usta.
Nie miała włosów.
Nie miała oczu.
Miała przecięte gardło.
A więc stąd ta krew.
Była nade mną pochylona, panie doktorze.
I miała lekko przechyloną głowę.
Spojrzałam na martwe ciało tego chłopca.
Pamięta go pan?
Ma odcięte nogi oraz ręce.
Oczy ma wciąż otwarte.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch.
To ta postać.
Powolnie odwróciła się i podeszła do okna z wybitą szybą.
Skierowała głowę w moją stronę, stanęła na parapet i wyskoczyła.
Postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze chwile.
Lecz nagle coś strasznie zaczęło walić po ścianach.
Dookoła pomieszczenia, w którym byłam.
To coś wrzeszczało i sapało.
Jakby nie mogło się do mnie dostać.
Usiadłam na środku i zaczęłam krzyczeć, żeby przestało.
Posłuchało się.
Lecz nie na długo.
Pojawiło się w oknie.
Miało żółte oczy.
Reszta ciała była ciemna.
Niemal czarna od porannego mroku.
Patrzyło się na mnie przez kilka chwil.
Nagle powoli otworzyło usta i strasznie szybko zaczęło szeptać coś w niezrozumiałym dla mnie języku.
Nagle przerwało i z gniewem w oczach powiedziało, że mnie dopadnie.
Chyba muszę opuścić to miejsce, panie doktorze.
Kończę pisanie.
Czas ruszać w drogę...
Czułam, że ktoś się na mnie patrzy.
Otworzyłam gwałtownie oczy.
Widziałam nagie, blade stopy.
A na nich krople zaschniętej krwi.
Powoli kierowałam wzrok w górę.
Miała sukienkę do kostek.
Śliczną, białą, koronkową sukienkę.
Im wyżej mój wzrok się wznosił tym więcej było krwi.
W końcu dotarłam do głowy.
Miała białą, porcelanową twarz.
Oraz pełne, kobiece, czerwone usta.
Nie miała włosów.
Nie miała oczu.
Miała przecięte gardło.
A więc stąd ta krew.
Była nade mną pochylona, panie doktorze.
I miała lekko przechyloną głowę.
Spojrzałam na martwe ciało tego chłopca.
Pamięta go pan?
Ma odcięte nogi oraz ręce.
Oczy ma wciąż otwarte.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch.
To ta postać.
Powolnie odwróciła się i podeszła do okna z wybitą szybą.
Skierowała głowę w moją stronę, stanęła na parapet i wyskoczyła.
Postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze chwile.
Lecz nagle coś strasznie zaczęło walić po ścianach.
Dookoła pomieszczenia, w którym byłam.
To coś wrzeszczało i sapało.
Jakby nie mogło się do mnie dostać.
Usiadłam na środku i zaczęłam krzyczeć, żeby przestało.
Posłuchało się.
Lecz nie na długo.
Pojawiło się w oknie.
Miało żółte oczy.
Reszta ciała była ciemna.
Niemal czarna od porannego mroku.
Patrzyło się na mnie przez kilka chwil.
Nagle powoli otworzyło usta i strasznie szybko zaczęło szeptać coś w niezrozumiałym dla mnie języku.
Nagle przerwało i z gniewem w oczach powiedziało, że mnie dopadnie.
Chyba muszę opuścić to miejsce, panie doktorze.
Kończę pisanie.
Czas ruszać w drogę...
czwartek, 6 marca 2014
Dzień piętnasty.
Ściany porośnięte mchem.
Drzewa, które zaczynają powoli obrastać zielenią.
Powybijane szyby, przez które wpada chłodne powietrze.
Dookoła unosił się zapach wilgoci.
Stary magazyn teraz należy do mnie.
Jego poprzedni mieszkańcy właśnie przede mną wiszą, panie doktorze.
Lubię ich obserwować.
Lubię patrzeć jak wpadający przez okna wiatr wprawia ich ciała w kołysanie.
Iruu i Zach odeszli.
Ale nie narzekam na samotność.
W kącie naprzeciwko mnie siedzi jakiś chłopiec.
Żyje i ma się dobrze.
Jest tylko związany.
Dużo płacze.
Ma mocno poparzoną łydkę.
Jak rozpalałam ognisko to zaczął krzyczeć.
Ale to nie moja wina, panie doktorze.
Nie lubię gdy ktoś krzyczy.
I błaga o litość.
Dziwnie się na mnie patrzy kiedy z kimś rozmawiam.
Chyba mu jest zimno, trzęsie się.
I chyba znowu zaczyna płakać.
Ktoś za ścianą mówi mi co mam z nim zrobić.
Napiszę jutro, panie doktorze.
Mam trochę pracy na dziś...
Drzewa, które zaczynają powoli obrastać zielenią.
Powybijane szyby, przez które wpada chłodne powietrze.
Dookoła unosił się zapach wilgoci.
Stary magazyn teraz należy do mnie.
Jego poprzedni mieszkańcy właśnie przede mną wiszą, panie doktorze.
Lubię ich obserwować.
Lubię patrzeć jak wpadający przez okna wiatr wprawia ich ciała w kołysanie.
Iruu i Zach odeszli.
Ale nie narzekam na samotność.
W kącie naprzeciwko mnie siedzi jakiś chłopiec.
Żyje i ma się dobrze.
Jest tylko związany.
Dużo płacze.
Ma mocno poparzoną łydkę.
Jak rozpalałam ognisko to zaczął krzyczeć.
Ale to nie moja wina, panie doktorze.
Nie lubię gdy ktoś krzyczy.
I błaga o litość.
Dziwnie się na mnie patrzy kiedy z kimś rozmawiam.
Chyba mu jest zimno, trzęsie się.
I chyba znowu zaczyna płakać.
Ktoś za ścianą mówi mi co mam z nim zrobić.
Napiszę jutro, panie doktorze.
Mam trochę pracy na dziś...
sobota, 1 marca 2014
Dzień czternasty.
Postanowiłam do pana pisać, panie doktorze.
Biegłam bardzo długo. Wprost przed siebie.
Nie wiem gdzie teraz jestem.
Nie wiem kim teraz jestem.
Nie wiem dokąd zmierzam.
Nie wiem jaki jest dzień.
Nic nie wiem.
Strasznie się boję.
Ale nie jestem sama.
Siedzą przy mnie.
Przedstawili się jako Iruu i Zach.
Iruu ciągle płacze krwią.
Ale nigdy nic nie mówi.
Nie ma ust.
Zach natomiast mówi bardzo dużo.
Często są to złe rzeczy.
To on mi kazał zrobić coś złego temu wędkarzowi.
Leży przede mną.
Ma owiniętą żyłkę dookoła szyi.
I wbity haczyk w oko.
Wszystkie palce ma odcięte.
Z jego otwartego brzucha jeszcze cieknie krew.
I leży w nim duża ryba, która jeszcze oddycha.
Iruu znowu zaczyna płakać.
A Zach dziwnie się na mnie patrzy.
Chyba czas ruszać w drogę...
Biegłam bardzo długo. Wprost przed siebie.
Nie wiem gdzie teraz jestem.
Nie wiem kim teraz jestem.
Nie wiem dokąd zmierzam.
Nie wiem jaki jest dzień.
Nic nie wiem.
Strasznie się boję.
Ale nie jestem sama.
Siedzą przy mnie.
Przedstawili się jako Iruu i Zach.
Iruu ciągle płacze krwią.
Ale nigdy nic nie mówi.
Nie ma ust.
Zach natomiast mówi bardzo dużo.
Często są to złe rzeczy.
To on mi kazał zrobić coś złego temu wędkarzowi.
Leży przede mną.
Ma owiniętą żyłkę dookoła szyi.
I wbity haczyk w oko.
Wszystkie palce ma odcięte.
Z jego otwartego brzucha jeszcze cieknie krew.
I leży w nim duża ryba, która jeszcze oddycha.
Iruu znowu zaczyna płakać.
A Zach dziwnie się na mnie patrzy.
Chyba czas ruszać w drogę...
środa, 12 lutego 2014
Dzień trzynasty.
Otworzyłam oczy.
Było bardzo zimno i ciemno.
Nie wiedziałam gdzie jestem.
Zaczęłam iść przed siebie.
Nagle o coś się potknęłam i się przewróciłam.
Próbowałam ręką odgadnąć co to jest.
Wyczułam dotykiem oczy. Nos. Usta.
Szybko wstałam i po omacku szukałam na ścianie włącznika światła.
W końcu go znalazłam.
Z drżącą ręką zapaliłam światło.
Powoli obróciłam się, by spojrzeć za siebie.
Kaftan leżał porwany przy oknie.
Powiodłam swój wzrok dalej.
Pańskie zbite okulary, panie doktorze.
A na nich zaschnięta krew.
Kątem oka dostrzegłam coś dziwnego pod ścianą.
Powoli skierowałam tam wzrok.
Znajdowała się tam kupa zwłok w białych, lekarskich kitlach.
Podeszłam bliżej.
Leżał tam pan.
Razem ze wszystkimi.
Miał pan wbite szkło w lewe oko.
Z pańskiego podciętego gardła jeszcze sączyła się gęsta, czerwona krew.
Pańska asystentka miała wygryziony policzek.
Było widać jej przez to wszystkie zęby.
Powoli przeszłam na drugą stronę, aby przyjrzeć się pozostałym.
Pod panem leżał ten młody praktykant.
Nie miał palców.
Miał coś wbite w serce.
Metalowy pręt? Skąd on się tu wziął?
Spojrzałam w kąt.
Pod oknem siedziała ułożona pewna postać.
Jej ciało wyglądało jakby po prostu tam odpoczywało.
Nie mogłam stwierdzić kto to jest.
Ciało było bez głowy.
A więc o nią się potknęłam.
Gwałtownie się odwróciłam.
Leżała na środku sali. Była zwrócona na bezgłowe ciało.
To była pańska żona. Pracowała tu razem z panem.
Z całkowitym zobojętnieniem stamtąd wyszłam.
W szpitalu było pusto. I strasznie cicho.
Nie chciałam widzieć pozostałych.
Na ścianach była zaschnięta krew.
Na podłodze też.
Jakby ktoś po niej ciągnął zmasakrowane ciała.
Nie chciałam wiedzieć co się z nimi stało.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
Nad drzwiami widniał napis z krwi:
"Przepraszam."
Wybiegłam łapiąc po drodze długopis i notes.
A w mojej głowie jeszcze długo huczyło słowo "przepraszam"...
Było bardzo zimno i ciemno.
Nie wiedziałam gdzie jestem.
Zaczęłam iść przed siebie.
Nagle o coś się potknęłam i się przewróciłam.
Próbowałam ręką odgadnąć co to jest.
Wyczułam dotykiem oczy. Nos. Usta.
Szybko wstałam i po omacku szukałam na ścianie włącznika światła.
W końcu go znalazłam.
Z drżącą ręką zapaliłam światło.
Powoli obróciłam się, by spojrzeć za siebie.
Kaftan leżał porwany przy oknie.
Powiodłam swój wzrok dalej.
Pańskie zbite okulary, panie doktorze.
A na nich zaschnięta krew.
Kątem oka dostrzegłam coś dziwnego pod ścianą.
Powoli skierowałam tam wzrok.
Znajdowała się tam kupa zwłok w białych, lekarskich kitlach.
Podeszłam bliżej.
Leżał tam pan.
Razem ze wszystkimi.
Miał pan wbite szkło w lewe oko.
Z pańskiego podciętego gardła jeszcze sączyła się gęsta, czerwona krew.
Pańska asystentka miała wygryziony policzek.
Było widać jej przez to wszystkie zęby.
Powoli przeszłam na drugą stronę, aby przyjrzeć się pozostałym.
Pod panem leżał ten młody praktykant.
Nie miał palców.
Miał coś wbite w serce.
Metalowy pręt? Skąd on się tu wziął?
Spojrzałam w kąt.
Pod oknem siedziała ułożona pewna postać.
Jej ciało wyglądało jakby po prostu tam odpoczywało.
Nie mogłam stwierdzić kto to jest.
Ciało było bez głowy.
A więc o nią się potknęłam.
Gwałtownie się odwróciłam.
Leżała na środku sali. Była zwrócona na bezgłowe ciało.
To była pańska żona. Pracowała tu razem z panem.
Z całkowitym zobojętnieniem stamtąd wyszłam.
W szpitalu było pusto. I strasznie cicho.
Nie chciałam widzieć pozostałych.
Na ścianach była zaschnięta krew.
Na podłodze też.
Jakby ktoś po niej ciągnął zmasakrowane ciała.
Nie chciałam wiedzieć co się z nimi stało.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
Nad drzwiami widniał napis z krwi:
"Przepraszam."
Wybiegłam łapiąc po drodze długopis i notes.
A w mojej głowie jeszcze długo huczyło słowo "przepraszam"...
poniedziałek, 10 lutego 2014
Dzień dwunasty.
Proszę się nie martwić, panie doktorze.
Czasem mam takie skurcze.
Ale to nic groźnego.
Tracę tylko po nich pamięć.
Dlaczego pan mi to zakłada?
Proszę mnie zostawić.
Zostawcie mnie, nie związujcie tego.
Zdejmijcie to ze mnie!
Nie chcę tego zastrzyku!
Nie, nie przestanę krzyczeć!
Nie uspokoję się!
Zostawcie mnie!
To tylko skurcze.
Jest mi po prostu zimno.
Nie słyszy pan? Jest mi po prostu zimno!
Czemu się pan tak patrzy?
Czemu pani niesie lusterko?
Moje oczy...
Czemu są czerwone?
Co mi zrobiliście...
Co wy mi, do cholery, zrobiliście?!
Czasem mam takie skurcze.
Ale to nic groźnego.
Tracę tylko po nich pamięć.
Dlaczego pan mi to zakłada?
Proszę mnie zostawić.
Zostawcie mnie, nie związujcie tego.
Zdejmijcie to ze mnie!
Nie chcę tego zastrzyku!
Nie, nie przestanę krzyczeć!
Nie uspokoję się!
Zostawcie mnie!
To tylko skurcze.
Jest mi po prostu zimno.
Nie słyszy pan? Jest mi po prostu zimno!
Czemu się pan tak patrzy?
Czemu pani niesie lusterko?
Moje oczy...
Czemu są czerwone?
Co mi zrobiliście...
Co wy mi, do cholery, zrobiliście?!
środa, 29 stycznia 2014
Dzień jedenasty.
Przepraszam, że zniknęłam, panie doktorze.
Nawet nie wiem dlaczego to się stało.
Po prostu tam wróciłam.
Zapach zgnilizny i rozkładających się ciał kłębił się wszędzie.
Ale ja szłam. Nie zwracałam na to uwagi.
Szłam prosto ciągnąc za włosy tą małą dziewczynkę.
Już nie krzyczała. Poddała się.
Szarpnął mną dziwny skurcz.
Spojrzałam na nią. Miała oczy pełne łez.
Resztkami sił jeszcze błagała o życie.
Znowu mną szarpnęło.
Znowu urwał mi się film.
Coś strumieniem lało się na podłogę.
Odwróciłam się.
Mała blondynka wisiała powieszona za ręce.
Z jej rozciętego brzucha ciekła krew.
Jej stopy leżały na drugim końcu pokoju.
A obok nich - jej oczy.
Jej śliczne, zielone oczy.
Spojrzałam na nią po raz ostatni.
Wyszłam rzucając w nią z impetem nóż.
Wbił się w szyję.
Chce mnie pan tu zamknąć?
Dlaczego?
Przecież ja nic nie zrobiłam.
Ja nic nie zrobiłam!
Proszę mnie wypuścić!
Nie dotykajcie mnie, zostawcie mnie!
Nie!
Nawet nie wiem dlaczego to się stało.
Po prostu tam wróciłam.
Zapach zgnilizny i rozkładających się ciał kłębił się wszędzie.
Ale ja szłam. Nie zwracałam na to uwagi.
Szłam prosto ciągnąc za włosy tą małą dziewczynkę.
Już nie krzyczała. Poddała się.
Szarpnął mną dziwny skurcz.
Spojrzałam na nią. Miała oczy pełne łez.
Resztkami sił jeszcze błagała o życie.
Znowu mną szarpnęło.
Znowu urwał mi się film.
Coś strumieniem lało się na podłogę.
Odwróciłam się.
Mała blondynka wisiała powieszona za ręce.
Z jej rozciętego brzucha ciekła krew.
Jej stopy leżały na drugim końcu pokoju.
A obok nich - jej oczy.
Jej śliczne, zielone oczy.
Spojrzałam na nią po raz ostatni.
Wyszłam rzucając w nią z impetem nóż.
Wbił się w szyję.
Chce mnie pan tu zamknąć?
Dlaczego?
Przecież ja nic nie zrobiłam.
Ja nic nie zrobiłam!
Proszę mnie wypuścić!
Nie dotykajcie mnie, zostawcie mnie!
Nie!
sobota, 28 grudnia 2013
Dzień dziesiąty.
Biegłam.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.
piątek, 27 grudnia 2013
Dzień dziewiąty.
Panie doktorze, one wróciły.
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)