Otworzyłam oczy.
Było bardzo zimno i ciemno.
Nie wiedziałam gdzie jestem.
Zaczęłam iść przed siebie.
Nagle o coś się potknęłam i się przewróciłam.
Próbowałam ręką odgadnąć co to jest.
Wyczułam dotykiem oczy. Nos. Usta.
Szybko wstałam i po omacku szukałam na ścianie włącznika światła.
W końcu go znalazłam.
Z drżącą ręką zapaliłam światło.
Powoli obróciłam się, by spojrzeć za siebie.
Kaftan leżał porwany przy oknie.
Powiodłam swój wzrok dalej.
Pańskie zbite okulary, panie doktorze.
A na nich zaschnięta krew.
Kątem oka dostrzegłam coś dziwnego pod ścianą.
Powoli skierowałam tam wzrok.
Znajdowała się tam kupa zwłok w białych, lekarskich kitlach.
Podeszłam bliżej.
Leżał tam pan.
Razem ze wszystkimi.
Miał pan wbite szkło w lewe oko.
Z pańskiego podciętego gardła jeszcze sączyła się gęsta, czerwona krew.
Pańska asystentka miała wygryziony policzek.
Było widać jej przez to wszystkie zęby.
Powoli przeszłam na drugą stronę, aby przyjrzeć się pozostałym.
Pod panem leżał ten młody praktykant.
Nie miał palców.
Miał coś wbite w serce.
Metalowy pręt? Skąd on się tu wziął?
Spojrzałam w kąt.
Pod oknem siedziała ułożona pewna postać.
Jej ciało wyglądało jakby po prostu tam odpoczywało.
Nie mogłam stwierdzić kto to jest.
Ciało było bez głowy.
A więc o nią się potknęłam.
Gwałtownie się odwróciłam.
Leżała na środku sali. Była zwrócona na bezgłowe ciało.
To była pańska żona. Pracowała tu razem z panem.
Z całkowitym zobojętnieniem stamtąd wyszłam.
W szpitalu było pusto. I strasznie cicho.
Nie chciałam widzieć pozostałych.
Na ścianach była zaschnięta krew.
Na podłodze też.
Jakby ktoś po niej ciągnął zmasakrowane ciała.
Nie chciałam wiedzieć co się z nimi stało.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
Nad drzwiami widniał napis z krwi:
"Przepraszam."
Wybiegłam łapiąc po drodze długopis i notes.
A w mojej głowie jeszcze długo huczyło słowo "przepraszam"...
środa, 12 lutego 2014
poniedziałek, 10 lutego 2014
Dzień dwunasty.
Proszę się nie martwić, panie doktorze.
Czasem mam takie skurcze.
Ale to nic groźnego.
Tracę tylko po nich pamięć.
Dlaczego pan mi to zakłada?
Proszę mnie zostawić.
Zostawcie mnie, nie związujcie tego.
Zdejmijcie to ze mnie!
Nie chcę tego zastrzyku!
Nie, nie przestanę krzyczeć!
Nie uspokoję się!
Zostawcie mnie!
To tylko skurcze.
Jest mi po prostu zimno.
Nie słyszy pan? Jest mi po prostu zimno!
Czemu się pan tak patrzy?
Czemu pani niesie lusterko?
Moje oczy...
Czemu są czerwone?
Co mi zrobiliście...
Co wy mi, do cholery, zrobiliście?!
Czasem mam takie skurcze.
Ale to nic groźnego.
Tracę tylko po nich pamięć.
Dlaczego pan mi to zakłada?
Proszę mnie zostawić.
Zostawcie mnie, nie związujcie tego.
Zdejmijcie to ze mnie!
Nie chcę tego zastrzyku!
Nie, nie przestanę krzyczeć!
Nie uspokoję się!
Zostawcie mnie!
To tylko skurcze.
Jest mi po prostu zimno.
Nie słyszy pan? Jest mi po prostu zimno!
Czemu się pan tak patrzy?
Czemu pani niesie lusterko?
Moje oczy...
Czemu są czerwone?
Co mi zrobiliście...
Co wy mi, do cholery, zrobiliście?!
środa, 29 stycznia 2014
Dzień jedenasty.
Przepraszam, że zniknęłam, panie doktorze.
Nawet nie wiem dlaczego to się stało.
Po prostu tam wróciłam.
Zapach zgnilizny i rozkładających się ciał kłębił się wszędzie.
Ale ja szłam. Nie zwracałam na to uwagi.
Szłam prosto ciągnąc za włosy tą małą dziewczynkę.
Już nie krzyczała. Poddała się.
Szarpnął mną dziwny skurcz.
Spojrzałam na nią. Miała oczy pełne łez.
Resztkami sił jeszcze błagała o życie.
Znowu mną szarpnęło.
Znowu urwał mi się film.
Coś strumieniem lało się na podłogę.
Odwróciłam się.
Mała blondynka wisiała powieszona za ręce.
Z jej rozciętego brzucha ciekła krew.
Jej stopy leżały na drugim końcu pokoju.
A obok nich - jej oczy.
Jej śliczne, zielone oczy.
Spojrzałam na nią po raz ostatni.
Wyszłam rzucając w nią z impetem nóż.
Wbił się w szyję.
Chce mnie pan tu zamknąć?
Dlaczego?
Przecież ja nic nie zrobiłam.
Ja nic nie zrobiłam!
Proszę mnie wypuścić!
Nie dotykajcie mnie, zostawcie mnie!
Nie!
Nawet nie wiem dlaczego to się stało.
Po prostu tam wróciłam.
Zapach zgnilizny i rozkładających się ciał kłębił się wszędzie.
Ale ja szłam. Nie zwracałam na to uwagi.
Szłam prosto ciągnąc za włosy tą małą dziewczynkę.
Już nie krzyczała. Poddała się.
Szarpnął mną dziwny skurcz.
Spojrzałam na nią. Miała oczy pełne łez.
Resztkami sił jeszcze błagała o życie.
Znowu mną szarpnęło.
Znowu urwał mi się film.
Coś strumieniem lało się na podłogę.
Odwróciłam się.
Mała blondynka wisiała powieszona za ręce.
Z jej rozciętego brzucha ciekła krew.
Jej stopy leżały na drugim końcu pokoju.
A obok nich - jej oczy.
Jej śliczne, zielone oczy.
Spojrzałam na nią po raz ostatni.
Wyszłam rzucając w nią z impetem nóż.
Wbił się w szyję.
Chce mnie pan tu zamknąć?
Dlaczego?
Przecież ja nic nie zrobiłam.
Ja nic nie zrobiłam!
Proszę mnie wypuścić!
Nie dotykajcie mnie, zostawcie mnie!
Nie!
sobota, 28 grudnia 2013
Dzień dziesiąty.
Biegłam.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.
Biegłam ile miałam sił w nogach.
Nie miałam odwagi się odwrócić.
Gonił mnie.
Czułam jak wyciągał ku mnie swoje długie, białe, pokrzywione palce.
Powoli brakło mi sił, a las wydawał się nieskończony.
Drzewa niemal wyrastały przede mną.
Ścieżka była kręta, pokryta korzeniami.
Wiedziałam, że to się stanie.
To było nieuniknione.
Przewróciłam się.
Nie miałam siły się podnieść, biec dalej.
Poddając się, opuściłam wzrok.
Patrzyłam jak szybko moje dłonie obłażą karaluchy, pająki i mrówki.
To samo z nogami.
Poczułam na swoim karku jego oddech.
Był przerażająco zimny, przechodziły mnie dreszcze.
Szybkim ruchem złapał mnie za szyję i przycisnął do drzewa.
Patrzyłam w przestrzeń.
Zauważyłam, że jeszcze kilka kroków i las by się skończył.
Zatopił swoje kły w mojej szyi.
Było już za późno, doktorze.
Nastała ciemność.
piątek, 27 grudnia 2013
Dzień dziewiąty.
Panie doktorze, one wróciły.
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?
Miały ciała raczkujących dzieci.
A głowy dorosłych ludzi.
Miały ogromne, przerażające żółte oczy.
Szczęki kołysały im się razem z każdym ruchem.
Zamiast zębów miały rzędy tysiąca kłów, podobnych do igieł.
Jeden siedział tuż za mną, za łóżkiem. Bawił się moimi włosami.
Drugi siedział na szafie i gryzł figurkę Matki Boskiej.
Trzeci leżał pod biurkiem i plątał kable od komputera.
A czwarty dreptał w kółko po suficie.
Wiedziałam, że jak się na nie bezpośrednio spojrzę to będzie źle.
Obserwowałam je do tej pory tylko kątem oka.
Ale coś mnie podkusiło, by podnieść głowę i spojrzeć na sufit.
Żółtooki stwór, sycząc i warcząc rzucił się prosto na mnie.
Reszta zrobiła to samo.
Drapały, gryzły i darły się.
Bardzo głośno.
Proszę zobaczyć, mam całe ręce i nogi podrapane.
Jest pan w stanie mnie uratować?
piątek, 29 listopada 2013
Dzień ósmy.
Jej żółte ślepia ciągle się we mnie wpatrują, doktorze.
Proszę spojrzeć.
Staje o tu. W tym kącie, każdej nocy.
Milczy, ponieważ ma zszyte usta.
Chciałam rozciąć jej te szwy, ale wtedy wzięła ode mnie nóż i zaczęła mnie kaleczyć.
Krew była wszędzie.
Wtedy zauważyłam, że obok mnie stoi jakaś dziewczynka.
Była mokra, jakby przed chwilą wyszła z wody.
Z tym, że sukienkę też miała mokrą.
Spojrzałam na jej małe, nagie stopy.
Były w nie wbite gwoździe.
Nie zdążyłam ich jednak policzyć.
Rzuciła się na mnie.
Była tak silna, że nie mogłam jej odepchnąć.
I wtedy wbiegł pan, panie doktorze.
Dziękuję za ratunek.
Dziękuję.
Proszę spojrzeć.
Staje o tu. W tym kącie, każdej nocy.
Milczy, ponieważ ma zszyte usta.
Chciałam rozciąć jej te szwy, ale wtedy wzięła ode mnie nóż i zaczęła mnie kaleczyć.
Krew była wszędzie.
Wtedy zauważyłam, że obok mnie stoi jakaś dziewczynka.
Była mokra, jakby przed chwilą wyszła z wody.
Z tym, że sukienkę też miała mokrą.
Spojrzałam na jej małe, nagie stopy.
Były w nie wbite gwoździe.
Nie zdążyłam ich jednak policzyć.
Rzuciła się na mnie.
Była tak silna, że nie mogłam jej odepchnąć.
I wtedy wbiegł pan, panie doktorze.
Dziękuję za ratunek.
Dziękuję.
niedziela, 17 listopada 2013
Dzień siódmy.
Proszę mnie tam już nie zamykać, panie doktorze.
Ta dziewczynka siedząca w kącie ma przerażająco białe oczy.
Nie ma tęczówek. Same gałki oczne.
Cały czas się na mnie patrzy.
I co jakiś czas pokazuje na mnie swoim wychudzonym, sinym palcem.
Trzęsie się.
Próbowałam z nią rozmawiać. Pytałam się czego ode mnie chce.
Ale ona tylko szeptała coś, czego nie rozumiałam.
Nagle wstała. Podbiegła do mnie nienaturalnie szybkim tempem.
Spojrzała mi w oczy i wykrzyczała coś niezrozumiałego.
Wdrapała się na parapet i uderza głową o kraty.
Próbowałam ją powstrzymać, ale wtedy rzucała się na mnie.
Mocno drapała i gryzła.
Boję się, panie doktorze.
Niech mnie pan stamtąd zabierze.
Proszę.
Ta dziewczynka siedząca w kącie ma przerażająco białe oczy.
Nie ma tęczówek. Same gałki oczne.
Cały czas się na mnie patrzy.
I co jakiś czas pokazuje na mnie swoim wychudzonym, sinym palcem.
Trzęsie się.
Próbowałam z nią rozmawiać. Pytałam się czego ode mnie chce.
Ale ona tylko szeptała coś, czego nie rozumiałam.
Nagle wstała. Podbiegła do mnie nienaturalnie szybkim tempem.
Spojrzała mi w oczy i wykrzyczała coś niezrozumiałego.
Wdrapała się na parapet i uderza głową o kraty.
Próbowałam ją powstrzymać, ale wtedy rzucała się na mnie.
Mocno drapała i gryzła.
Boję się, panie doktorze.
Niech mnie pan stamtąd zabierze.
Proszę.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Dzień szósty.
Widziałam go.
Obudziłam się w środku nocy.
Stał nad moim łóżkiem i patrzył na mnie pustymi oczodołami.
Jego dolna szczęka kołysała się na boki, ciekła z niej krew.
Powiedział, że jest głodny.
Mała dziewczynka, siedząca w kącie, w białej, zakrwawionej sukience powiedziała mi, że żywi się ciałem, krwią, strachem i bólem.
Po suficie i ścianach na czworaka chodziły małe dzieci.
Słyszę je. Słyszę jak się śmieją.
Ich dolne szczęki też kołysały się z każdym ruchem.
On, nadal stojący nad moim łóżkiem, wskazał nagle na mnie palcem.
Wszystkie dzieci nagle spojrzały się na mnie z żądzą krwi.
Zeskoczyły na mnie z sufitu, gryzły, drapały, sprawiały ból.
Krzyczały. Głośno krzyczały, że do nich dołączę.
Jestem cała podrapana.
Krew leje się z każdego zakątka mojego ciała.
Czuję się coraz słabiej, panie doktorze.
Jestem coraz słabsza.
Obudziłam się w środku nocy.
Stał nad moim łóżkiem i patrzył na mnie pustymi oczodołami.
Jego dolna szczęka kołysała się na boki, ciekła z niej krew.
Powiedział, że jest głodny.
Mała dziewczynka, siedząca w kącie, w białej, zakrwawionej sukience powiedziała mi, że żywi się ciałem, krwią, strachem i bólem.
Po suficie i ścianach na czworaka chodziły małe dzieci.
Słyszę je. Słyszę jak się śmieją.
Ich dolne szczęki też kołysały się z każdym ruchem.
On, nadal stojący nad moim łóżkiem, wskazał nagle na mnie palcem.
Wszystkie dzieci nagle spojrzały się na mnie z żądzą krwi.
Zeskoczyły na mnie z sufitu, gryzły, drapały, sprawiały ból.
Krzyczały. Głośno krzyczały, że do nich dołączę.
Jestem cała podrapana.
Krew leje się z każdego zakątka mojego ciała.
Czuję się coraz słabiej, panie doktorze.
Jestem coraz słabsza.
sobota, 2 listopada 2013
Dzień piąty.
Białe łóżko.
Białe, szpitalne łóżko pośród drzew.
Przypięte ręce i nogi. Pełno krwi.
Spojrzałam się w bok.
Stała tam.
Patrzyła na mnie swoim szkarłatnym wzrokiem.
Chciałam uciekać, krzyczeć, panie doktorze.
To było straszne.
Wie pan jak to jest nie móc się ruszyć?
Wie pan jak to jest nie móc wydobyć z siebie żadnego dźwięku?
Nagle przestałam walczyć.
Poddałam się.
Z przerażeniem spojrzałam na mroczną strzygę.
Poczułam coś na policzku.
Łza?
I wtedy się odezwała.
Głosem, jakby przemawiały przez nią wszystkie demony.
- "Wkrótce będziesz moja, nikt Cię nie skrzywdzi".
Czuję coś dziwnego, panie doktorze.
Nie jestem pewna jak to mam określić.
Ludzie chyba nazywają to... Lękiem? Strachem?
Niech mi pan pomoże.
Tak bardzo proszę o pomoc...
Białe, szpitalne łóżko pośród drzew.
Przypięte ręce i nogi. Pełno krwi.
Spojrzałam się w bok.
Stała tam.
Patrzyła na mnie swoim szkarłatnym wzrokiem.
Chciałam uciekać, krzyczeć, panie doktorze.
To było straszne.
Wie pan jak to jest nie móc się ruszyć?
Wie pan jak to jest nie móc wydobyć z siebie żadnego dźwięku?
Nagle przestałam walczyć.
Poddałam się.
Z przerażeniem spojrzałam na mroczną strzygę.
Poczułam coś na policzku.
Łza?
I wtedy się odezwała.
Głosem, jakby przemawiały przez nią wszystkie demony.
- "Wkrótce będziesz moja, nikt Cię nie skrzywdzi".
Czuję coś dziwnego, panie doktorze.
Nie jestem pewna jak to mam określić.
Ludzie chyba nazywają to... Lękiem? Strachem?
Niech mi pan pomoże.
Tak bardzo proszę o pomoc...
piątek, 1 listopada 2013
Dzień czwarty.
Tym razem poszłam nad rzekę, panie doktorze.
Minęłam grupkę śmiejących się osobników.
Kątem oka starałam się określić ich liczbę.
Dość szybko udało mi się to ustalić.
Pięciu mężczyzn oraz cztery kobiety.
Już wtedy wiedziałam co się stanie.
Czułam mrowienie pod skórą.
Nienaturalny dreszcz szarpnął moim ciałem.
Nagle dziwnym trafem znalazłam się bliżej rzeki.
Stałam w niej. Byłam zanurzona niemal do kolan.
Spojrzałam się w swoje odbicie w tafli wody.
Na twarzy miałam krew.
Z oczu znikały resztki czerwoności.
Podniosłam wzrok. Wie pan co zobaczyłam?
Nagie, poszarpane ciała tamtych ludzi.
Nie miały głów.
Leżały tuż za mną na brzegu.
Spojrzałam w ich oczy.
Były otwarte.
I przerażone.
Umyłam ręce, wyszłam z wody i zdjęłam swoją białą zakrwawioną sukienkę.
Przebrałam się w ubrania jednej z tych kobiet.
Nie odwracając się więcej szybkim tempem poszłam z tamtego miejsca.
Po jakimś czasie usłyszałam przeraźliwe krzyki spacerujących tam osób.
Czemu się pan tak na mnie patrzy, panie doktorze?
Przecież nie zrobiłam nic złego.
To nie mogłam być ja.
To niemożliwe.
To nie jest możliwe..
Minęłam grupkę śmiejących się osobników.
Kątem oka starałam się określić ich liczbę.
Dość szybko udało mi się to ustalić.
Pięciu mężczyzn oraz cztery kobiety.
Już wtedy wiedziałam co się stanie.
Czułam mrowienie pod skórą.
Nienaturalny dreszcz szarpnął moim ciałem.
Nagle dziwnym trafem znalazłam się bliżej rzeki.
Stałam w niej. Byłam zanurzona niemal do kolan.
Spojrzałam się w swoje odbicie w tafli wody.
Na twarzy miałam krew.
Z oczu znikały resztki czerwoności.
Podniosłam wzrok. Wie pan co zobaczyłam?
Nagie, poszarpane ciała tamtych ludzi.
Nie miały głów.
Leżały tuż za mną na brzegu.
Spojrzałam w ich oczy.
Były otwarte.
I przerażone.
Umyłam ręce, wyszłam z wody i zdjęłam swoją białą zakrwawioną sukienkę.
Przebrałam się w ubrania jednej z tych kobiet.
Nie odwracając się więcej szybkim tempem poszłam z tamtego miejsca.
Po jakimś czasie usłyszałam przeraźliwe krzyki spacerujących tam osób.
Czemu się pan tak na mnie patrzy, panie doktorze?
Przecież nie zrobiłam nic złego.
To nie mogłam być ja.
To niemożliwe.
To nie jest możliwe..
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)